Moment, w którym Tony Iommi poszedł w końcu "na swoje". Oto historia albumu Iommi z 2000
W latach siedemdziesiątych ubiegłego wieku Tony Iommi zdecydowanie nie miał czasu, aby myśleć o solowym albumie. Gitarzysta był mocno pochłonięty działalnością w Black Sabbath. Dopiero w połowie kolejnej dekady nadarzyła się sposobność, aby zrobić coś pod własnym nazwiskiem. Macierzysta formacja była wówczas w powijakach, więc Iommi uznał, że to odpowiedni moment na debiut. Muzyk zaszył się w studiu nagraniowym, a do współpracy zaprosił m.in. wokalistę Glenna Hughesa (z przeszłością w Deep Purple, również w roli basisty).
Iommi na płycie chciał zdecydowanie odejść od ciężkiego brzmienia, do którego przyzwyczaił słuchaczy, na rzecz czegoś bardziej melodyjnego. Kiedy materiał był już gotowy do wydania, do akcji wkroczyli przedstawiciele wytwórni. Nalegali oni, żeby zgromadzone utwory wypuścić w świat pod znanym szyldem. Gitarzysta nie chciał się początkowo zgodzić na propozycję Warner Bros., ale ugiął się pod presją. Na okładce płyty Seventh Star (1986) pojawił się ostatecznie dość dziwny szyld: "Black Sabbath featuring Tony Iommi". Marzenie o solowym debiucie muzyk musiał odłożyć w czasie.
W połowie lat 90. Tony Iommi zaczął pracować nad własnym materiałem. Gitarzysta Black Sabbath ponownie połączył siły z Glennem Hughesem. Sesje te (znane później jako The 1996 DEP Sessions) wyciekły w formie bootlegu, ale oficjalnie wydano je dopiero w 2004. To jednak zmotywowało muzyka, by w końcu stworzyć coś "na poważnie". Coś, co zdefiniuje go jako artystę solowego w nowym tysiącleciu.
Już przy okazji wspomnianego Seventh Star, Iommi planował, że na płycie zaśpiewają różni wokaliści. Propozycje skierował m.in. do Roba Halforda z Judas Priest czy Roberta Planta z Led Zeppelin. Gitarzysta spotykał się jednak z odmowami lub problemami natury prawnej. Co się odwlecze, to jednak nie uciecze. O dawnej idei bynajmniej nie zapomniał. Cały czas kiełkowała ona mu w głowie.
Postawienie na różnorodność
Prace nad płytą ruszyły w drugiej połowie lat dziewięćdziesiątych. Iommi chciał całość oprzeć współpracy z różnorodnymi wokalistami i wokalistkami. Zarówno z tymi ze świata metalu, jak i spoza tej krainy. W studiu pojawili się m.in. Skin (Skunk Anansie), Phil Anselmo (Pantera), Billy Idol czy Serj Tankian (System of a Down). Głównodowodzący dostosowywał utwory do poszczególnych gości, ale nie zamierzał rezygnować ze swojego charakterystycznego brzmienia.
Chciałem zrobić coś, czego nie wszyscy się spodziewali. Myślę, że kiedy po raz pierwszy wspomniałem o robieniu solowego albumu, wszyscy myśleli: "Pewnie pojawi się Rob Halford, Bruce Dickinson...". Sądzili, że będą to sami starsi stażem artyści, ale ja chciałem postawić na różnorodność – powiedział Iommi w rozmowie dla Cosmik Conversations.
Gitarzysta nie zapomniał także o kolegach z Black Sabbath. W utworze Who’s Fooling Who na bębnach zagrał Bill Ward, a za mikrofonem stanął Ozzy Osbourne. Na albumie zatytułowanym po prostu Iommi znaleźli się ponadto wybitni instrumentaliści: gitarzysta Brian May (Queen) czy perkusiści Matt Cameron (Soundgarden, Pearl Jam) i Dave Grohl (Foo Fighters), który również zaśpiewał w Goodbye Lament.
Ogromna przyjemność
Wszystkie kompozycje zostały napisane przez Iommiego, producenta Boba Marlette'a oraz wokalistów poszczególnych utworów (wyjątkiem był tylko Black Oblivion, dzieło gitarzysty oraz Billy’ego Corgana z The Smashing Pumpkins).
– Kiedy podejmujesz się takiego projektu, oczywiście zastanawiasz się: “Boże, jak to będzie pracować z tymi ludźmi?”. Możesz kogoś znać od lat, ale dopóki z nim nie popracujesz, nigdy nie masz pewności. Ale oni byli absolutnie wspaniali. Naprawdę sprawiło mi to wszystko ogromną przyjemność. [...] Świetnie się bawiliśmy przy nagraniach i myślę, że to słychać na płycie. Wszyscy byliśmy mocno podekscytowani współpracą – dodał Tony Iommi.
Sesje w studiu nagraniowym były naprawdę owocne. – Z Billym Idolem napisaliśmy parę numerów, trzy z Philem Anselmo czy dwa z Billym Corganem. Mogliśmy wykorzystać tylko po jednym od każdego – wyjaśnił gitarzysta Black Sabbath dla Cosmik Conversations.
Na albumie Iommi mógł pojawić się także... Eminem. W tamtym czasie amerykański raper był u szczytu popularności. W wywiadzie dla Musicians Institute muzyk wyjawił, że dostał propozycję od Slim Shady’ego. Kiedy usłyszał, że Tony Iommi tworzy album, bardzo chciał na nim wystąpić. Legendarny gitarzysta nie miał jednak wówczas pojęcia, kim jest ten raper i ostatecznie odrzucił pomysł. Smakiem musiał się obejść także Kid Rock (utwór z jego udziałem nie znalazł się na finalnej trackliście krążka Iommi).
Pełnoprawny solowy debiut Tony’ego Iommiego ukazał się na rynku 17 października 2000. Choć całość nie podbiła list przebojów (tylko 129. miejsce na amerykańskim Billboardzie), to została dość ciepło przyjęta przez słuchaczy.