Henry Rollins zachwycony Polską w PRL? Cała prawda o największym punkowym micie
W rockowym panteonie krąży opowieść, która rozpala wyobraźnię fanów gitarowego grania. Historia o tym, jak Henry Rollins, ikona hardcore punka i gardłowy Black Flag, przemierzał komunistyczną Polskę, by na koniec okrzyknąć ją najbardziej „punkrockowym” krajem na świecie. To barwna i inspirująca wizja, która ma jednak jeden fundamentalny problem. Nigdy się nie wydarzyła. Wokalista Black Flag nie tylko nie podróżował po PRL-u, ale jego zespół nigdy nie zagrał koncertu za Żelazną Kurtyną. Pierwsza i jedyna wizyta Rollinsa w naszym kraju miała miejsce dopiero w lutym 2023 roku, kiedy przyjechał z solowym programem spoken word do Krakowa i Warszawy, czyli ponad trzy dekady po upadku systemu, który rzekomo tak go zafascynował.
Fakty są nieubłagane niczym perkusyjny blast beat i znajdują potwierdzenie w wielu źródłach, w tym w kronikach samego artysty. Działalność Black Flag z Rollinsem przy mikrofonie przypada na lata 1981-1986. Ich europejskie trasy koncertowe, uwiecznione chociażby na albumie „Live '84” oraz w książce „Get In The Van”, obejmowały wyłącznie kraje Europy Zachodniej. Sam Rollins w wywiadach wielokrotnie podkreślał, że jego świadome podróże po świecie w celu poznania innych kultur rozpoczęły się dopiero po 1990 roku. Legenda o jego wizycie w Polsce lat 80. jest więc klasycznym przykładem rockowego mitu, który, choć fałszywy, wyrósł na bardzo autentycznym gruncie.
Dezerter ograł cenzurę, a KSU wbiło się na listy przebojów. Tak rodził się mit
Skąd więc wziął się ten potężny mit? Jego korzenie tkwią głęboko w betonowej, ale tętniącej buntem ziemi PRL-u. Podczas gdy zachodni punkowcy idealizowali podziemną kulturę w krajach bloku wschodniego, w Polsce toczyła się prawdziwa, oddolna rewolta. Zespoły takie jak KSU, Dezerter czy Brygada Kryzys stały się ścieżką dźwiękową dla pokolenia pozbawionego perspektyw, a ich muzyka stanowiła realną formę oporu przeciwko reżimowi. To właśnie ten niezależny i bezkompromisowy ruch, którego epicentrum stał się festiwal w Jarocinie, mógł zrodzić przekonanie, że Polska była wówczas najbardziej punkowym miejscem na ziemi.
Siła polskiego punka nie była jedynie artystyczną ekspresją, ale stanowiła bezpośrednią konfrontację z systemem. Zespół Dezerter, początkowo działający pod nazwą SS-20, musiał zmienić szyld w 1982 roku, ponieważ władze uznały go za zbyt prowokacyjny. W końcu SS-20 było natowskim oznaczeniem radzieckiej rakiety balistycznej. Z kolei utwór „1944” grupy KSU, z wyraźnie antykomunistycznym przekazem, w 1988 roku wbił się na 5. miejsce Listy Przebojów Trójki, stając się podziemnym hymnem. Paradoksalnie, festiwal w Jarocinie, który dał scenę buntownikom, początkowo organizowany był przez socjalistyczną organizację młodzieżową. Nieświadomie stworzyła ona wentyl bezpieczeństwa dla antyreżimowych nastrojów.
Rollins walczył z głodem, a nie zwiedzał PRL. Ta legenda to hołd
Podczas gdy legenda malowała obraz Rollinsa jako badacza polskiego podziemia, rzeczywistość Black Flag w trasie była znacznie bardziej brutalna i prozaiczna. W swojej książce „Get In The Van” wokalista opisuje skrajne ubóstwo, w jakim żył zespół, często zmuszony do jedzenia sałatki za trzy dolary jako jedynego posiłku dnia. „Kiedy nie jadłeś przez trzy dni, pojawia się w twoich oczach taki wyraz... ludzie cię zostawiają w spokoju” – pisał, obnażając prawdę o życiu w hardcore'owym undergroundzie. Ten obraz stanowi potężny kontrast dla wyidealizowanej wizji podróży za Żelazną Kurtynę w poszukiwaniu autentyczności.
Historia wizyty Rollinsa w komunistycznej Polsce, choć nieprawdziwa, idealnie zamyka się w symbolicznej klamrze. Mit powstał, ponieważ polski punk lat 80. rzeczywiście był zjawiskiem wyjątkowym, surowym, odważnym i do bólu prawdziwym. To właśnie ta autentyczność, zrodzona z buntu przeciwko opresji, stała się tak pociągająca dla zachodnich słuchaczy. Anegdota o fanach, którzy w tajemnicy przepisywali album „Damaged” z Radia Wolna Europa na kasety, doskonale oddaje ducha tamtych czasów. Być może Rollins nigdy nie widział PRL-u na własne oczy, ale legenda o jego wizycie stała się niezamierzonym hołdem dla sceny, która w pełni zasłużyła na miano jednej z najbardziej punkrockowych na świecie. I za to warto podkręcić głośność do jedenastu.