Nowy Jork drugiej połowy lat 70. był brudnym, głośnym i wspaniałym kotłem, w którym punk rock gotował się na wolnym ogniu. Scena skupiona wokół klubu CBGB rodziła hałaśliwych buntowników w skórzanych kurtkach, którzy pluli na konwenanse i grali trzy akordy z furią godną końca świata. W tym zgiełku pojawił się jednak zespół, który grał według własnych zasad. Blondie miało punkową energię, ale i popową lekkość, nowofalowy chłód i artystyczną świadomość. A na froncie stała ona – platynowa blondynka o oczach, które potrafiły być jednocześnie uwodzicielskie i znudzone. Debbie Harry nie pasowała do prostego schematu. Była zbyt glamour na punka i zbyt niebezpieczna na pop. W jej postawie od początku kryła się świadoma deklaracja, którą po latach ubrała w słowa:
Sprzeciwiam się poglądowi, że gwiazdy rocka muszą prowadzić życie, które jest całkowicie zrozumiałe czy przewidywalne dla ich publiczności... Może po prostu pozostanę tajemniczą postacią, której nigdy nie da się w pełni zdefiniować. Może na tym właśnie polega mój styl.
I to był jej styl. Od samego początku. Zanim świat oszalał na punkcie „Heart of Glass”, Harry była już weteranką nowojorskiej sceny, która przeszła drogę od kelnerki w Max's Kansas City, przez tancerkę go-go, aż po Króliczka Playboya. Te wszystkie etapy, zamiast tworzyć spójną biografię, budowały raczej aurę niedopowiedzenia. Kim właściwie była ta dziewczyna, która potrafiła z równą swobodą śpiewać surowe, gitarowe kawałki i flirtować z kamerą? Zespół nie pomagał w rozwiązaniu tej zagadki. Nazwa „Blondie”, wzięta od zaczepek kierowców ciężarówek, tak mocno przylgnęła do wizerunku Harry, że w 1979 roku muzycy musieli ruszyć z kampanią „Blondie is a group”. To był jednak głos wołającego na puszczy. Dla milionów fanów na całym świecie Debbie Harry była Blondie, a Blondie to Debbie Harry. I choć walczyła z tym uproszczeniem, jednocześnie doskonale je wykorzystywała. Chowała się za wizerunkiem, który sama stworzyła, pozwalając, by postać z dwukolorowymi włosami żyła własnym życiem.
Dlaczego Debbie Harry nigdy nie chciała być królową punka?
Największym aktem jej nieprzewidywalności nie były jednak kolejne role, w które wcielała się przed karierą, ale muzyka. W czasach, gdy punkowa ortodoksja wymagała trzymania się z dala od komercyjnego mainstreamu, Blondie z premedytacją łamało zasady. Kiedy w 1978 roku wydali Parallel Lines z utworem „Heart of Glass”, część nowojorskiej sceny uznała to za zdradę. Dyskotekowy rytm, syntezatory, gładka produkcja – to wszystko było policzkiem dla surowego, gitarowego etosu. Ale Harry i jej partner, gitarzysta Chris Stein, mieli gdzieś gatunkowe podziały. Interesowała ich piosenka, energia, moment. Przyjaźnili się z Andym Warholem, który uczynił z Debbie jedną ze swoich muz, i chłonęli wszystko, co działo się w artystycznym tyglu Nowego Jorku. To właśnie ta otwartość pozwoliła im na kolejny, jeszcze bardziej rewolucyjny krok. „Rapture” z 1981 roku, z gościnnym „występem” Fab Five Freddy’ego i Grandmaster Flasha w tekście, stał się pierwszym numerem jeden w USA z elementami rapu. W czasach, gdy hip-hop wciąż był undergroundowym zjawiskiem z Bronxu, Harry z nonszalancją wprowadziła go na salony i szczyty list przebojów. Nie prosiła nikogo o pozwolenie. Była czymś więcej niż wokalistką – stała się kulturowym łącznikiem, który pokazywał, że w muzyce nie ma żadnych granic.
Kiedy gasną światła, a rockowa poza przestaje wystarczać
Tajemnica Debbie Harry pogłębiła się, gdy Blondie u szczytu sławy zawiesiło działalność. Zmusiła ich do tego ciężka, rzadka choroba autoimmunologiczna Steina. Harry, zamiast kontynuować solową karierę i odcinać kupony od popularności, na kilka lat niemal zniknęła, by opiekować się chorym partnerem. Gdy wracała, robiła to na własnych warunkach. Jej solowy album KooKoo z 1981 roku zdobiła kontrowersyjna okładka autorstwa H.R. Gigera, na której jej twarz przebijały metalowe szpikulce – daleki obraz od słodkiej pin-up girl. Prawdziwym testem dla jej wizerunku okazało się jednak kino. Zamiast wybierać bezpieczne, romantyczne role, zagrała w cielesnym horrorze Davida Cronenberga Wideodrom (1983) i kultowej komedii Johna Watersa Lakier do włosów (1988). Nie były to wybory gwiazdy pop, która chce być kochana przez wszystkich. To były decyzje artystki, która wciąż szukała, eksperymentowała i odmawiała zaszufladkowania. Wybierała ścieżki, które zacierały jej wizerunek, zamiast go utrwalać.
Po latach jej słowa o byciu postacią, której nie da się w pełni zdefiniować, brzmią nie jak kokieteria, ale jak precyzyjnie zrealizowany plan. Debbie Harry stworzyła jedną z najtrwalszych ikon popkultury nie poprzez odsłanianie wszystkiego, ale poprzez świadome dawkowanie informacji, mieszanie prawdy z kreacją i zachowanie ostatecznej tajemnicy dla siebie. Publiczność dostała postać – chłodną, piękną i niebezpieczną Blondie. Prawdziwa Deborah Ann Harry, dziewczyna z New Jersey, która o tym, że została adoptowana, dowiedziała się w wieku czterech lat, zawsze pozostawała krok z tyłu, ukryta za platynową grzywką i tym nieodgadnionym spojrzeniem. Może na tym właśnie polegała jej największa siła. I może właśnie na tym polegał jej styl.
```