Był najlepiej opłacanym artystą na świecie. David Cassidy mówił, że wolał grać w kiepskich zespołach

2026-08-28 9:05

Był największym idolem na świecie, a jego jedynym marzeniem stała się ucieczka. Nie chodziło jednak o odpoczynek od sławy, a o desperacką pogoń za wspomnieniem, które nigdy nie było jego udziałem. To opowieść o cenie, jaką płaci się za zostanie fenomenem, zanim zdąży się zostać muzykiem.

Młody David Cassidy uśmiecha się, trzymając gryf gitary na błyszczącym tle. O losach idola przeczytasz na EskaRock.
Autor: Abc / All Film Archive / Mary Evans/ East News
Najbardziej wyczekiwane koncerty rockowe i metalowe w Polsce w 2026 roku

Na szczycie był fenomenem. Histerią zamkniętą w telewizyjnym formacie, która wylała się na stadiony i zamieniła w zbiorowe szaleństwo. Tłumy nastolatek mdlejących na jego widok, fankluby liczniejsze niż te Beatlesów czy Elvisa i status najlepiej opłacanego artysty na świecie. David Cassidy, chłopak z plakatu, uśmiechnięty Keith Partridge z serialu „The Partridge Family”, był produktem idealnym. Miał wszystko, czego potrzebował idol – nienaganną fryzurę, chwytliwe piosenki i tęskne spojrzenie. Był tylko jeden problem. On sam nienawidził tej roli z całego serca. Po latach, gdy kurz „Cassidymanii” dawno już opadł, a areny zamieniły się w mniejsze kluby, w jego słowach wciąż pobrzmiewała skomplikowana nuta. Nostalgia, ale nie za złotymi płytami i wrzaskiem fanek.

Rozumiem układ gwiazdy rocka, ponieważ sam nią byłem i nadal wychodzę na scenę, przypasowując gitarę. Obecnie gram pewnie 30–40 koncertów rocznie i mogę przeżywać na nowo to, co czułem jako dziewiętnastolatek, kiedy grałem w kilku naprawdę kiepskich zespołach.

To właśnie to zdanie, rzucone wiele lat po apogeum sławy, staje się kluczem do zrozumienia jednego z najbardziej paradoksalnych losów w historii popkultury. Opowieści o człowieku, który musiał stać się największą gwiazdą na świecie, by w końcu móc poczuć się jak muzyk z podrzędnej kapeli.

Jak uciec z pudełka po płatkach śniadaniowych?

Mechanizm, który go stworzył, był jednocześnie jego więzieniem. Serial „The Partridge Family” był familijną bajką o muzykalnej rodzinie, a on i jego macocha, Shirley Jones, byli jedynymi członkami obsady, którzy faktycznie śpiewali na płytach. To wystarczyło. Machina ruszyła, a twarz Cassidy’ego szybko znalazła się wszędzie – na koszulkach, kubkach, a nawet na pudełkach płatków śniadaniowych. Jak sam gorzko wspominał w wywiadzie dla „New Musical Express” w 1972 roku: „Nie mogę nawet zjeść śniadania, nie widząc swojej twarzy”.

W sercu marzył o byciu kimś na wzór Micka Jaggera, rockmanem z krwi i kości, tymczasem stał się ugrzecznioną ikoną pop. Próbował się buntować. Sesja dla magazynu „Rolling Stone” z tego samego roku, gdzie Annie Leibovitz sfotografowała go na wpół nagiego, a w artykule opisano, jak jeździ po Nowym Jorku „naćpany i pijany”, była desperacką próbą zerwania z lukrowanym wizerunkiem. Ale było już za późno. Był zbyt wielki, zbyt idealny, by ktokolwiek uwierzył w jego mrok.

Czy David Cassidy mógł zatrzymać histerię?

Koncerty stały się rytuałem masowej egzaltacji. Wyprzedany w jeden dzień Madison Square Garden w Nowym Jorku, dwa wieczory z rzędu dla 56 tysięcy ludzi na stadionie Astrodome w Houston. „Cassidymania” była realną, często niebezpieczną siłą. W Australii w 1974 roku wzywano nawet do jego deportacji, bo skala zbiorowej histerii przerażała władze. Punkt krytyczny nadszedł 26 maja 1974 roku na londyńskim White City Stadium. Podczas koncertu w tłumie pod sceną wybuchła panika. Blisko 800 osób zostało rannych, a czternastoletnia Bernadette Whelan zmarła cztery dni później w szpitalu. Dla Cassidy’ego był to wstrząs, z którego nigdy do końca się nie otrząsnął. To był moment, w którym zrozumiał, że „układ gwiazdy rocka”, o którym mówił po latach, ma swoją cenę, mierzoną nie w dolarach, a w ludzkich tragediach. Zdruzgotany, podjął decyzję, która zszokowała branżę – postanowił zakończyć regularne trasy koncertowe. Zabił kurę znoszącą złote jaja, by ratować resztki samego siebie.

Powrót do garażu, którego nigdy nie było

Odszedł ze szczytu, ale nie z muzyki. Przez dekady nagrywał, występował na Broadwayu, grał w serialach i filmach, ale nigdy już nie zbliżył się do skali popularności z lat 70. I może właśnie o to chodziło. Zamiast stadionów – teatry. Zamiast ogłuszającego pisku – dialog z publicznością. To wtedy, grając te 30-40 koncertów rocznie, mógł wreszcie wrócić do punktu wyjścia. Nie do roli Keitha Partridge’a, ale do tego mitycznego dziewiętnastolatka z „kiepskich zespołów”.

To fascynująca iluzja, bo przecież w wieku 19 lat Cassidy nie grał w obskurnych garażach. Podpisywał właśnie kontrakt z Universal Studios i przygotowywał się do roli, która miała go zdefiniować. Być może przez całe życie gonił za wspomnieniem, które nigdy nie było jego udziałem – za czystą radością grania bez ciężaru bycia idolem. Za autentycznością, którą odebrała mu sława, zanim zdążył ją na dobre poznać. Jego ostatnie słowa przed śmiercią, które przekazała jego córka Katie, brzmiały: „Tyle zmarnowanego czasu”. Może te wszystkie lata spędzone na szczycie były dla niego właśnie tym – stratą czasu, który mógł poświęcić na bycie zwykłym muzykiem w jednym z tych kiepskich zespołów.

Galeria: Oto najlepsze rockowe albumy z lat 80. według sztucznej inteligencji [TOP10]