Branża lubi narracje o "czarnych koniach" i "pewniakach". W tym roku ten drugi tytuł bez większej dyskusji przyklejono właśnie "Wielkiemu Marty’emu". Komediodramat zbierał pochwały za scenariusz, reżyserię, aktorstwo. Chalamet, który film współprodukował i dźwigał go na swoich barkach, miał podobno statuetkę w zasięgu ręki.
Rzeczywistość okazała się jednak brutalna. Gdy w kategorii najlepszy aktor wyczytano nazwisko Michaela B. Jordana, sala biła brawo, kamery szukały reakcji przegranego, a w mediach społecznościowych zaczęło się odliczanie do pierwszych oscarowych memów.
Balettgate, czyli jak przez głupi żart stracić Oscara
Trudno oprzeć się wrażeniu, że do oscarowej klęski przyczynił się jeden niefortunny komentarz. W niedawnym wywiadzie Chalamet rzucił pół żartem, pół serio, że nie chciałby pracować w operze ani balecie, bo to sztuka, którą dziś "trzeba utrzymywać przy życiu", choć nikogo już nie interesuje.
Zapomniał tylko o jednym: internet nie wybacza.
W ciągu kilkudziesięciu godzin sieć zalały kpiące grafiki i filmiki generowane przez AI. Aktor w baletowym stroju łabędzia. Aktor śpiewający operowe arie z dramatyczną miną. Do chóru ironii dołączyły teatry, zespoły taneczne, muzycy. Nawet instytucje kultury, zwykle powściągliwe w takich sprawach, pozwoliły sobie na kąśliwe wpisy.
Złośliwość? Być może. Ale też przypomnienie, że lekceważenie czyjejś pasji rzadko kończy się brawami.
Oscarowy roast
Jakby tego było mało, temat podchwycił prowadzący ceremonii. Conan O’Brien zażartował ze sceny o "zagrożeniu atakiem środowisk baletu i opery", nawiązując do całej afery. Sala się śmiała. Kamery znów pokazały Chalameta. I choć hollywoodzkie gale widziały już niejedno, ten moment miał w sobie coś z publicznej lekcji pokory.
Według relacji mediów aktor opuścił Dolby Theatre w pośpiechu, w towarzystwie Kylie Jenner. Trudno się dziwić. Bywają wieczory, kiedy najlepiej po prostu zniknąć.
Odkupienie nadejdzie?
Historia "Wielkiego Marty’ego" to przypomnienie, że w branży opartej na sympatii widzów i środowiskowej solidarności każde słowo ma wagę. Nawet rzucone mimochodem i opakowane w śmiech. Publiczność potrafi wybaczyć słabszy film. Gorzej, gdy czuje się zlekceważona.
Czy Chalamet wróci po swoje? Najpewniej tak. Jest młody, utalentowany, a Hollywood kocha historie o odkupieniu. Pytanie tylko, czy zanim znów stanie na scenie jako zwycięzca, nie będzie musiał – jak jego filmowy bohater – ośmieszyć się i ukorzyć, np. wkładając baletowe pointy i tutu...
Źródło: Zemsta białych łabędzi. Jak Timothée Chalamet z faworyta Oscarów stał się ich największym przegranym [KOMENTARZ]