Wyobraźcie sobie, że spotykacie Morfeusza. Nie mitologicznego Morfeusza, syna Hypnosa, będącego dla starożytnych Greków uosobieniem marzeń sennych (choć o marzeniach sennych i snach w ogóle, snach w sensie ścisłym, jakby Jerzy Pilch powiedział, też tutaj padnie zdanie, a może nawet parę zdań). Morfeusza z „Matrixa” sióstr Wachowskich, które pod koniec lat dziewięćdziesiątych, kiedy były jeszcze braćmi Wachowskimi, wyśniły jeden z najmroczniejszych hollywoodzkich snów. Morfeusz ma twarz Laurence’a Fishburne’a, a w kieszeniach skórzanego płaszcza chowa dwie pigułki. Jak każdy szanujący się diler pierwszą da wam za darmo. Musicie tylko wybrać kolor. Do wyboru jest niebieska, po której obudzicie się we własnych łóżkach i przeżyjecie, jak śpiewał Zbigniew Kurtycz, „dzień jak co dzień, zwykły dzień jak co dzień”. Druga, czerwona, jak wszystko, co czerwone, jest mocniejsza. Jak połkniecie czerwoną, przekonacie się, że świat, który widzicie, nie istnieje. Jest symulacją. Zastanówcie się dobrze, bo możecie poczuć się naprawdę bardzo źle. Możecie też przechytrzyć Morfeusza, na przykład poprzez zawahanie się (coś na pewno wymyślicie!) i wziąć obie pigułki. Niebieską i czerwoną. Jeśli weźmiecie obie, Morfeusz zniknie. A jak Morfeusz zniknie, przyjdzie Michał Nawrocki. Będzie wiedział, że rozpuszczają się w waszych nierzeczywistych organizmach dwie kolorowe pigułki. Będzie wiedział, że jesteście już prawie gotowi, aby wejść w „Odmienną ciemność”.
Michał Nawrocki napisał wymykającą się klasyfikacji labiryntową powieść z pogranicza science fiction i techno-horroru. Tak przynajmniej nam mówi. Mówi nam, że to powieść. Powieść wymykająca się klasyfikacji. I co teraz mają zrobić dziewczęta w koszulkach z logotypami popularnych księgarni? Gdzie postawić? Obok Stephena Kinga? Obok Umberto Eco? Obok Ludwiga Wittgensteina? Wcisnąć pomiędzy Dana Simmonsa i braci Strugackich? A może porzucić w dziale z muzyką techno? W końcu pełna powtórzeń narracja Nawrockiego przypomina jednostajny, regularny rytm, przy którym wpadnięcie w trans to tylko kwestia czasu. Najlepiej chyba postawić obok Jeana Baudrillarda, choć książki „Symulakry i symulacja” próżno dzisiaj szukać na księgarskich półkach, a obok niej „Odmienna ciemność” mogłaby się przeciągać niczym wybudzający się ze snu kot. Albo kot Schrödingera. Może „Odmienna ciemność” jest symulakrem? Symulacją powieści. Może.
I znowu „Matrix” się przypomina. Pamiętacie scenę, w której Neo sprzedaje kolesiowi nielegalne oprogramowanie? Skąd wyciąga błyszczącą płytę? Z dzieła francuskiego postmodernisty. Książka jest całkiem pokaźnych rozmiarów, większych niż oryginał, ma twardą oprawę, ale brakuje jej treści. Kartki wewnątrz są wydrążone. Książka jest symulacją książki. Książka jest pudełkiem na płyty, dyskietki i kasety. I dolary, które Neo zgarnia za sprzedaż pirackich programów. „Odmienna ciemność” jest symulacją powieści? Może tak, może nie. Pójdźmy dalej, dalej, jak Norwid, niech „pleśń z oczu zgarną narody”, i postawmy pytanie – czy to jest w ogóle literatura? Bo jeśli przyjmiemy, że wszystko to, co trafia na księgarskie półki jest literaturą – przecież nie możemy mieć co do tego najmniejszych wątpliwości, bo jeśli literatura nie jest literaturą, to wszyscy chyba śnimy zbiorowy sen, albo sen we śnie – to „Odmienna ciemność” jest tworem literaturopodobnym. Dlaczego? Bo drugiej takiej książki w księgarniach nie znajdziecie. Książka Nawrockiego jest literackim eksperymentem w świecie bez literackich eksperymentów. Tak, tak.
Sen Nawrockiego jest snem we śnie o tajnych rządowych jednostkach – Ubojni i Szklarni. To zarządy podlegające Chłodni. Chłodnia to organizacja, która nie ma jednej określonej nazwy, bo jej tajność jest ściśle tajna, więc nie może pozwolić sobie na posiadanie nazwy. Dzisiaj jest Chłodnią, bo jakoś nazywać ją trzeba, bo to, co nienazwane nie istnieje, a Chłodnia istnieje bez dwóch zdań. Albo się śni. Jest snem. Snem we śnie. Może tak, może nie. Odpowiedzi są w „Odmiennej ciemności”, a przynajmniej być powinny. Wiadomo, że Ubojnia jest miejscem, w którym się likwiduje. Ludzi się likwiduje. Niewygodnych dla systemu, dla organizacji, po prostu niewygodnych. Szklarnia natomiast jest miejscem, w którym przeprowadzane są eksperymenty. Pewnego dnia jeden z takich ściśle tajnych eksperymentów znika. Toksyna jakaś. Albo inne coś. Zamieszany jest w to agent Svoboda (zapewne Marcin). Zamieszana jest też kobieta z innego świata, która uwierzyła Svobodzie w coś. W coś uwierzyła. W co? Svoboda ją zbałamucił, albo ona zbałamuciła jego. Trudno powiedzieć. Może nie trudno, ale trzeba unikać spojlerów. Eksperyment przeprowadzano w ramach projektu Naxos. Tyle można dodać. I jeszcze to, że kobietę przesłuchuje pan Mörkö. Można, bo to już zostało tutaj powiedziane.
Pan Mörkö jest likwidatorem. Chłodnia nie jest jego bezpośrednim pracodawcą. Chłodnia go wynajmuje, aby mógł w Ubojni spełniać się zawodowo. Pan Mörkö specjalizuje się bowiem w zadawaniu śmierci, której istotę stanowi okrucieństwo. Można by rzecz, że trudni się sztuką dla sztuki, więc przypomina modernistę, co oznacza, że jest człowiekiem starej daty. Przesłuchać, zabić, zabrać trofeum. Tak, Mörkö jest też kolekcjonerem. To Ed Gein ponowoczesności (czyli jednak postmodernista?). Ed Gein 2.0. Ed Gein i wszelkie jego filmowe i literackie wariacje, od „Teksańskiej masakry piłą mechaniczną”, poprzez „Milczenie owiec”, aż po serial Netflixa. Pan Mörkö, można tak powiedzieć, jest elementem sadystycznego modelu funkcjonowania świata. Sadystycznego, aczkolwiek ukwieconego poetyckością, skądinąd sadystycznych, utworów Leśmiana. Jego umysł wypełniają nie tylko mordercze pragnienia. Kłębią się w nim, jak węże, myśli wykraczające poza jego fach. Pełno w tych myślach na przykład prób znalezienia odpowiednich określeń. Odpowiednich sensów. Niemożebność znalezienia odpowiedniego określenia dla jakiejś rzeczy sprawia, że pojawiają się kolejne określenia, które wymagają dookreślenia. Dochodzi wtedy do zapętlenia. Bo człowiek w nieoczywistej i nierzeczywistej (nie)prozie Nawrockiego jest istotą plączącą się, zapętloną w egzystencję własną, a także w egzystencję milionów niedookreślonych określeń.
„Tylko przez samo egzystowanie można się uporać z kwestią egzystencji” – powiada Martin Heidegger. Tak, egzystencja jest tutaj kluczowa. Egzystencja i pytanie o miejsce, w którym znajduje się człowiek. Człowiek z istoty swojej jest skazany na siebie samego. Z istoty swojej bowiem wyjść nie potrafi. Tako rzecze Nawrocki i wpuszcza nas do labiryntu, abyśmy poszukiwali straconego (bez)sensu. Ciemno jest w tym labiryncie. Odmiennie ciemno. Trzeba uważać, aby nie zabłądzić, albo, nie daj Boże, napotkać uzbrojonego w siekierę Jacka Nicholsona. Lepiej też nie zapominać, że im bardziej wydaje nam się, że jesteśmy blisko poznania prawdy, tym bardziej się od niej oddalamy. Jeśli mi nie wierzycie, obejrzyjcie „Powiększenie” Antonioniego. Albo wyśnijcie sobie, że oglądacie. Jak zwał, tak zwał.
„Odmienna ciemność”, że się powtórzę, to literacki eksperyment. Literacki labirynt przycinany na miarę „Imienia róży” Eco. „Cóż znaczy imię? To, co zwiemy różą, pod inną nazwą pachnie równie słodko” – mówi Julia w jednym z najsłynniejszych dramatów Shakespeare’a. To, co Michał Nawrocki nazwał „Odmienną ciemnością” może istnieć pod wieloma określeniami. To powieść z pogranicza science fiction i techno-horroru. Weird fiction. Traktat filozoficzny. To w końcu gra z kulturą, czyli postmodernizm. Odmiennie ciemny postmodernizm. Jeśli czytaliście te same książki, co pisarz, jeśli nadajecie na podobnych falach, co pisarz, to przemierzając wyśnione przezeń labirynty uśmiechniecie się niejeden raz. I nie tylko wtedy, kiedy w tekście pojawi się dzięcielina pała.