Spis treści
Trzeci sezon "Rodu smoka" debiutował w atmosferze niepokoju. Zwieńczenie sezonu drugiego pozostawiło duży niesmak i poczucie niedosytu (jak wiemy, pod pewnymi względami nie z winy samego twórcy), a widzowie obawiali się, czy nowe odcinki jakkolwiek spełnią ich oczekiwania. Sytuacji nie poprawiał konflikt showrunnera z autorem literackiego pierwowzoru, George'em R. R. Martinem - w styczniowym wywiadzie dla The Hollywood Reporter pisarz ostatecznie odciął się od serialu HBO, obwieszczając, że "to już nie jest jego historia", a relację z Ryanem Condalem określił jako koszmarną.
Trzeci sezon "Rodu smoka" i bolesny upadek faworytki
Start był jednak fantastyczny. Wreszcie ujrzeliśmy legendarną Bitwę w Gardzieli, a już w kolejnym odcinku królowa Rhaenyra Targaryen (Emma D'Arcy) wreszcie zajęła należne jej miejsce na Żelaznym Tronie. Sęk w tym, że sytuacja dość szybko wymknęła się spod kontroli, a niegdysiejsza ulubienica fanów zaczęła wzbudzać coraz większą antypatię. Finałowy odcinek trzeciego sezonu dopełnia dzieła - dotychczasowa faworytka, ta "dobra" i "empatyczna" bohaterka, przeobraziła się na naszych oczach w neurotyczną, nieufną i arogancką władczynię, aż nazbyt przekonaną o własnej wyjątkowości.
Myślę, że ona po raz pierwszy czuje, że wszystkie elementy jej kampanii łączą się w całość i że istnieje coś w rodzaju boskiej słuszności, która [sprawia, że - przyp. red.] jej pozycja w królestwie wydaje się... niemal nieunikniona. [...] W tym momencie coraz bardziej opiera się na swojej wierze. Wierzy, że ma boski mandat do rządzenia, a jej wojna to rodzaj świętej wojny. [...] Odbyliśmy z Ryanem [Condalem] wiele rozmów na ten temat - co stanie się, gdy ta stosunkowo sympatyczna postać wkroczy na arenę ambicji i zacznie grać w tę grę o tron - powiedziała mi w wywiadzie Emma D'Arcy.
Z drugiej strony mamy zaś Aegona (Tom Glynn-Carney), który w trakcie trzeciego sezonu wyrósł na jednego z ulubieńców publiczności, co osobiście postrzegam jako koronny dowód tego, że lwiej części widzów nigdy tak naprawdę nie chodziło o słuszność danej sprawy, a o to, która z postaci jest bardziej cool. Owszem, Tom jest diabelnie dobry w swej kreacji i dodaje Aegonowi odpowiedniej dozy charakteru i powera - zwłaszcza w swej jedynej scenie z finałowego odcinka. Niemniej jego wątek; z wyjątkiem kilku wybranych scen, jak roast Larysa (Matthew Needham) czy magiczne "zmartwychwstanie" Sunfyre'a; uważam za zdecydowanie najnudniejszy.
Co innego Rhaenyra. Jej postać została wprawdzie fundamentalnie wypaczona przez mizoginię Ryana Condala, nie można jej jednak odmówić tego, że w trzecim sezonie prowadzona jest bardzo konsekwentnie. Wreszcie jest JAKAŚ, a występ Emmy D'Arcy wart jest każdej nagrody.
Daemon królem finałowego odcinka
W ostatnim odcinku dzieje się wiele, do czego zresztą zaraz przejdziemy, ale nie ulega wątpliwości, że centralną postacią jest tu Daemon Targaryen (Matt Smith). Książę Łotrzyk ma za sobą trudny sezon - stracił pasierba, dwóch bliskich przyjaciół, jego córka narobiła ambarasu, a małżeństwo chwieje się w posadach. A do tego Ormund Hightower (James Norton) okazał się znacznie większym utrapieniem niż sugerowało jego nazwisko. Na przestrzeni tych ośmiu odcinków obserwowaliśmy najróżniejsze oblicza Daemona - bywał bardzo ludzki, chwilami wręcz bezradny, ale też złośliwy, mściwy i bezlitosny. Gdy w czerwcu miałam okazję porozmawiać z Mattem Smithem, poruszyliśmy kwestię egzekucji Otto Hightowera (Rhys Ifans). Matt powiedział wtedy bardzo ciekawą rzecz:
Wiesz, jest w tym pewien głęboki erotyzm. Wspólne ścięcie Otto, obserwowanie, jak zabija go osoba, którą [Daemon] kocha - jego to kręci. Aczkolwiek, na jakimś podświadomym poziomie, on w pewnym sensie kocha Otto. To skomplikowane.
Daemon jest człowiekiem, którego kręci przemoc, który kocha swych wrogów, bo to właśnie zabijając ich czuje, że żyje. Co jednak, gdy cena za spełnienie tych chorych żądz okazuje się zbyt wysoka? Co zrobi nasz Książę Łotrzyk, gdy okaże się, że trafił na godnego przeciwnika, a sytuacja kompletnie wymknie się spod kontroli? Finałowy odcinek to piękna rozprawa nad człowieczeństwem Daemona, człowieka wewnętrznie skonfliktowanego, którego nie sposób jakkolwiek zaszufladkować.
Chcieliśmy sprawić, że stanie się najgorszą wersją samego siebie. Popchnąć go najdalej, jak się da, w stronę przepaści, na krawędź klifu. Postawić w sytuacji, z której, mogłoby się wydawać, nie będzie już odwrotu. A czy czyni go to złoczyńcą lub antybohaterem? Nie wiem, nie mi to oceniać, to zadanie widzów. Ale uważam, że właśnie wtedy Daemon staje się najciekawszy
- skwitował w naszej rozmowie Matt i w pełni się z nim zgadzam. Osobiście nigdy nie należałam do grona fanek Daemona, czy to książkowego, czy serialowego. Finał trzeciego sezonu "Rodu smoka" tylko utwierdził mnie w tym przekonaniu, podkreślił bowiem wszystkie jego cechy, które uważam za najbardziej odstręczające. A jednak oglądałam go w pełnym zachwycie, życząc wszystkiego najgorszego, jednocześnie nie mogąc nacieszyć się jego obecnością na ekranie. Sam Matt wspina się zresztą w tym finale na wyżyny i dowozi fantastyczną, dramatyczną i zniuansowaną kreację. Aż sama nie mogę w to uwierzyć, ale to właśnie jego wątku wyczekiwać będę z największym utęsknieniem, bo mogą poprowadzić go w naprawdę interesującym i nieoczywistym kierunku.
Finał, na jaki zasługiwaliśmy - bywa nawet lepszy niż książka
A teraz przejdźmy do "mięsa", czyli oceny finału trzeciego sezonu jako całości. Czy jest to doskonały odcinek? Bynajmniej. Roi się tu od mniejszych i większych głupot fabularnych, nie wszystkie wątki otrzymują satysfakcjonującą klamrę (aczkolwiek na brak czasu ekranowego Alicent chyba nikt nie będzie narzekał), jest też trochę skrótów myślowych i dziur w scenariuszu (gdzie na Siedem Piekieł przez większość bitwy podziewał się Caraxes?). Chciałabym też wiedzieć, gdzie zagubił się Ramin Djawadi, bo brak muzyki boli chyba najbardziej - a przecież w pierwszych odcinkach było tak pięknie. Niemniej uważam, że jest to niewątpliwie najlepszy odcinek nie tylko sezonu, ale i całego serialu. Odpowiednio budowane napięcie, rozmach realizacyjny i emocjonalna stawka sprawiają, że Bitwa o Tumbleton bije na głowę inaugurująca trzecią serię Bitwę w Gardzieli i... swój książkowy odpowiednik.
Ryan Condal wprowadził tu tyle zmian, że nie ma mowy o adaptacji. To jego własne fanfiction, ale wiecie co? Lubię to fanfiction. Emocje są większe, plot twisty działają lepiej, a losy postaci obchodzą znacznie bardziej. Może nie wszystko ma tu sens, ale jest świetną rozrywką. Scenarzyści (wreszcie!) przestali też traktować tę opowieść tak śmiertelnie poważnie, dzięki czemu są i momenty pełne patosu, i te tak niepoważne, że aż prześmieszne. Grunt to równowaga, która tu została doskonale zachowana.
Finał trzeciego sezonu dostarcza wielu emocji. Denerwujemy się, przewracamy oczami z zażenowania, drżymy o los postaci bliskich naszym sercom (ilekroć na ekranie pojawiali się Gwayne i Daeron, nie mogłam wysiedzieć w miejscu i, wcale nie żartuje, biegałam z nerwów przed telewizorem), a czasem śmiejemy się w głos. Nadchodzi też moment, w którym niejeden widz uroni łzę - śmierć tak poruszająca, a jednocześnie tak pięknie ograna, że znajdzie swe miejsce w panteonie najlepszych scen śmierci całego uniwersum.
Reasumując, Ryan Condal i jego "Ród smoka" mają swoje za uszami i pod wieloma względami zasłużyli na poważną krytykę. Nie zmienia to jednak faktu, że trzeci sezon DZIAŁA jako oddzielny twór, gdy przestajemy oczekiwać zgodności z książką i scenariusza na miarę złotej ery "Gry o tron". "Ród smoka" może i jest tym nieco ułomnym i przygłupim kuzynem, ale jego towarzystwo przysparza wiele frajdy i już przebieram nogami na myśl o kolejnym spotkaniu.
PRZECZYTAJ TEŻ: George R. R. Martin wyda kolejną książkę. Zmienią aktora Jaja w "Rycerzu Siedmiu Królestw"? Padła jasna deklaracja
Źródło: "Ród smoka" jeszcze nigdy nie był tak dobry. Finał 3. sezonu zaskakuje i to pod wieloma względami
