Tragiczny pożar w klubie The Station. Jak pirotechnika Great White doprowadziła do śmierci 100 osób

Wieczór 20 lutego 2003 roku na zawsze zapisał się czarnymi zgłoskami w historii muzyki rockowej. Podczas koncertu grupy Great White w amerykańskim klubie The Station doszło do błyskawicznego pożaru wywołanego przez środki pirotechniczne. Zlekceważenie zasad bezpieczeństwa i użycie łatwopalnych materiałów doprowadziło do ogromnej tragedii oraz całkowitego zniszczenia kariery zespołu.

Great White
Autor: Matt Becker/Capitol Records/ CC BY-SA 3.0
Muzyka rockowa lat 2000. - zagranica. Jakie albumy zdefiniowały ten okres?

Iskry na scenie i płonąca pianka. Początek tragedii w West Warwick

20 lutego 2003 roku hardrockowa grupa Great White, występująca wtedy pod nazwą Jack Russell's Great White, grała koncert w niewielkim, drewnianym klubie The Station w stanie Rhode Island. Fani zgromadzeni pod samą sceną nie spodziewali się, że pierwsze dźwięki utworu "Desert Moon" będą początkiem dramatu. Menedżer trasy, Daniel Biechele, odpalił cztery fontanny iskier, które uderzyły bezpośrednio w ściany wyłożone tanią pianką poliuretanową. Materiał ten, używany zazwyczaj do pakowania paczek, nie posiadał żadnych atestów ognioodporności i błyskawicznie stanął w ogniu, wydzielając przy tym gęsty, trujący dym.

Ogień rozprzestrzeniał się z taką prędkością, że publiczność początkowo brała go za element zaplanowanego show. Dopiero po kilkunastu sekundach wokalista Jack Russell zorientował się, że sytuacja wymknęła się spod kontroli i przerwał występ. W klubie doszło do zjawiska nagłego rozgorzenia, a temperatura wzrosła do poziomu niepozwalającego na przeżycie. Cała konstrukcja budynku została objęta ogniem w mniej niż 2 minuty, co nie dało zgromadzonym niemal żadnych szans na spokojną ewakuację.

Śmierć gitarzysty i tragedia fanów. Great White na zawsze w cieniu katastrofy

W wyniku pożaru zginęło 100 osób, a ponad 230 odniosło rany. Większość ofiar znaleziono przy głównym wejściu, gdzie spanikowany tłum próbował uciekać tą samą drogą, którą wszedł do klubu. W wąskim korytarzu ludzie zaczęli się potykać i przewracać, co doprowadziło do całkowitego zablokowania przejścia. Jedną z osób, które straciły życie tamtej nocy, był 31-letni gitarzysta kapeli, Ty Longley. Według relacji świadków muzyk zdołał uciec na zewnątrz przez okno, ale wrócił do płonącego budynku, prawdopodobnie chcąc ratować swój sprzęt lub pomóc innym osobom wyjść z pułapki.

Po katastrofie zespół Great White spotkał się z ogromną falą nienawiści i ostracyzmu. Choć muzycy próbowali organizować trasy charytatywne, z których dochód miał wesprzeć rodziny ofiar, ich występy były bojkotowane, a w wielu miastach dochodziło do protestów. Jack Russell do końca życia zmagał się z potężnym zespołem stresu pourazowego oraz poczuciem winy, co doprowadziło go do licznych problemów z uzależnieniami. Wokalista zmarł 15 stycznia 2024 roku, nigdy w pełni nie podnosząc się po wydarzeniach z Rhode Island.

Kto zawinił tej nocy? Wyroki dla menedżera trasy i właścicieli klubu

Za spowodowanie tragedii przed sądem odpowiedziały trzy osoby: menedżer Daniel Biechele oraz właściciele klubu, bracia Jeffrey i Michael Derderianowie. Biechele przyznał się do 100 zarzutów nieumyślnego spowodowania śmierci, wykazując przy tym autentyczną skruchę. Sąd skazał go na 15 lat pozbawienia wolności, z czego spędził w więzieniu niecałe 2 lata. Właściciele lokalu zostali oskarżeni o zaniedbania związane z brakiem odpowiednich dróg ucieczki i użyciem wysoce łatwopalnej pianki wygłuszającej. Michael Derderian otrzymał podobny wyrok jak menedżer, natomiast jego brat dostał karę w zawieszeniu.

Śledztwo wykazało szereg uchybień, w tym spór o to, czy zespół miał pozwolenie na użycie pirotechniki. Menedżer twierdził, że uzyskał zgodę słowną, czemu właściciele klubu kategorycznie zaprzeczali. Cały proces zakończył się nie tylko wyrokami karnymi, ale także gigantycznymi odszkodowaniami cywilnymi. Rodziny ofiar i ocalali otrzymali łącznie około 176 milionów dolarów z ugód, które zawarto z firmami produkującymi piankę, stacją telewizyjną filmującą koncert, a nawet władzami stanu za brak rzetelnych kontroli przeciwpożarowych.

Reorganizacja przepisów bezpieczeństwa po wypadku w The Station

Tragedia w West Warwick wymusiła całkowitą zmianę podejścia do organizacji imprez masowych w Stanach Zjednoczonych i na całym świecie. Amerykańska Narodowa Agencja Ochrony Przeciwpożarowej wprowadziła surowe poprawki do przepisów, które obowiązują do dziś. Od tamtego czasu każdy obiekt koncertowy, bar czy klub nocny o pojemności powyżej 100 osób musi posiadać automatyczny system zraszaczy. Wprowadzono także bezwzględny zakaz stosowania niezabezpieczonych ogniowo pianek poliuretanowych jako elementów dekoracyjnych lub akustycznych.

Nowe prawo narzuciło również obowiązek obecności przeszkolonych menedżerów tłumu, którzy mają czuwać nad bezpieczeństwem podczas każdego wydarzenia. Przypadek klubu The Station jest dziś analizowany przez ekspertów od bezpieczeństwa jako przykład tego, jak fatalny dobór materiałów budowlanych i brak wyobraźni mogą doprowadzić do katastrofy w zaledwie kilka chwil. Wydarzenie to na zawsze zmieniło oblicze branży koncertowej, kładąc większy nacisk na życie ludzkie niż na efektowne pokazy pirotechniczne.

Galeria: Muzyka rockowa lat 80-tych - zagranica. Albumy, które dziś są legendami