Tragedia w Cincinnati: koncert, który The Who grali dla umarłych
Są takie noce w historii rocka, które zamiast złotem, zapisały się krwią. 3 grudnia 1979 roku bez wątpienia należy do tych najmroczniejszych. Kiedy The Who wchodzili na scenę w Cincinnati Riverfront Coliseum, by odpalić kolejny energetyczny show, na zewnątrz rozgrywał się dramat, o którym nie mieli pojęcia. Tłum tysięcy fanów, napierający na zbyt małą liczbę otwartych bram, stworzył śmiertelną pułapkę. Zginęło jedenaście młodych osób, w wieku od 15 do 27 lat, zmiażdżonych przez napierającą masę ludzi. Zespół zagrał cały koncert, dając z siebie wszystko, a o tragedii dowiedział się dopiero po ostatnim akordzie. Ta świadomość, że grali dla umarłych, na zawsze naznaczyła ich głębokim poczuciem winy.
Polecany artykuł:
Gdy zeszli ze sceny, ich świat się zawalił. Wstrząsająca reakcja The Who
Gdy światła sceny zgasły, a w garderobie spadła na nich druzgocąca wiadomość, rockandrollowi herosi zamienili się we wraki ludzi. Perkusista Kenny Jones osunął się po ścianie, jakby odcięto mu wszystkie struny. Basista John Entwistle z trudem próbował odpalić papierosa, a jego ręce trzęsły się nie do opanowania. Roger Daltrey, potężny głos pokolenia, po prostu zalał się łzami. Pete Townshend, który ledwo co pozbierał się po śmierci Keitha Moona, stał blady i milczący w ogłuszającej ciszy. Na polecenie menedżera i władz miasta, w obawie przed wybuchem paniki, opuścili Cincinnati. Już następnego wieczoru w Buffalo, Daltrey zadedykował występ ofiarom, mówiąc do publiczności łamiącym się głosem:
Wczoraj straciliśmy dużo rodziny. Ten koncert jest dla nich.
Jak błędy organizatorów doprowadziły do śmierci fanów?
Tej katastrofy można było uniknąć, lecz okazała się ona tragicznym finałem serii fatalnych decyzji organizacyjnych. Na koncert sprzedano ponad 18 tysięcy biletów, z czego niemal 15 tysięcy stanowiły miejsca stojące na płycie. Taki system, zwany „festival seating”, zamieniał publiczność w masę walczącą o każdy centymetr przestrzeni pod barierkami. Do tego doszedł informacyjny chaos dotyczący godziny otwarcia bram. Różne źródła podawały sprzeczne informacje, więc fani zaczęli gromadzić się pod halą już wczesnym popołudniem. Przed godziną dwudziestą pod wejściem kłębił się już dziesięciotysięczny tłum.
Złe bilety i zamknięte bramy
Iskrą, która podpaliła ten ludzki lont, okazał się spóźniony soundcheck zespołu. Gdy fani usłyszeli pierwsze riffy dobiegające z wnętrza areny, byli pewni, że koncert właśnie się zaczyna. Ruszyli więc z całą mocą w stronę wejść. Problem w tym, że organizatorzy otworzyli zaledwie dwie z głównych bram, tworząc wąskie gardło dla napierającej fali. Co najbardziej przerażające, dzwony alarmowe biły już wcześniej. W 1976 roku, po incydencie na koncercie Eltona Johna w tym samym obiekcie, jeden ze strażaków publicznie ostrzegał, że brak procedur bezpieczeństwa może doprowadzić do katastrofy. Jego słowa okazały się tragicznym proroctwem.
43 lata czekali na ten powrót. Jak The Who oddali hołd ofiarom?
Tragedia w Cincinnati wstrząsnęła posadami branży koncertowej i wymusiła rewolucję w zasadach bezpieczeństwa. Miasto na 25 lat wprowadziło całkowity zakaz stosowania „festival seating”, co stało się wzorem dla innych metropolii w USA. Dla rodzin ofiar rozpoczął się długi i bolesny proces sądowy, który zakończył się ugodami finansowymi. Jednak dla The Who, a zwłaszcza dla Pete'a Townshenda, najcięższym brzemieniem okazały się wyrzuty sumienia. Gitarzysta przez lata uważał opuszczenie miasta i kontynuowanie trasy za swój niewybaczalny błąd.
Na symboliczne zamknięcie tego krwawiącego przez dekady rozdziału trzeba było czekać aż do 15 maja 2022 roku. Wtedy to The Who po raz pierwszy od tamtej nocy powrócili do Cincinnati, by zagrać koncert dedykowany pamięci ofiar. Podczas występu na telebimach wyświetlono zdjęcia i nazwiska wszystkich jedenastu osób, które straciły życie. W najbardziej poruszającym momencie wieczoru, podczas utworu „Baba O'Riley”, na scenie do zespołu dołączyli uczniowie z Finneytown High School, tej samej szkoły, która straciła trójkę swoich podopiecznych. Pamięć o ofiarach żyje również dzięki stypendium P.E.M. Memorial, które co roku wspiera uzdolnionych artystycznie absolwentów. Muzyka The Who tamtej nocy ucichła dla jedenastu osób na zawsze, ale dzięki takim gestom, ich historia wciąż wybrzmiewa głośniej niż jakikolwiek wzmacniacz.