Współautor "Layli" zabił matkę młotkiem. Tragiczna historia Jima Gordona
Rock'n'rollowe annały pełne są opowieści o upadłych aniołach i demonach czających się za kulisami sławy, ale historia Jima Gordona to rozdział napisany atramentem czystszym niż jakikolwiek inny. To on był pulsującym sercem, perkusyjnym fundamentem legendarnego krążka „Layla and Other Assorted Love Songs”, a także współautorem jego nieśmiertelnego fortepianowego motywu. W swoich czasach był jednym z najbardziej rozchwytywanych bębniarzy na świecie.
Niestety, ten sam umysł, który potrafił tkać skomplikowane rytmy, skrywał mrok, który 3 czerwca 1983 roku pochłonął wszystko. W ataku psychozy, podsycanej przez lata przez niezdiagnozowaną schizofrenię, Gordon wtargnął do mieszkania swojej 71-letniej matki, Osy Marie. Zadał jej cztery ciosy młotkiem, a dzieła zniszczenia dopełnił trzykrotnym pchnięciem nożem w serce. Gdy policja odnalazła go w jego mieszkaniu, zwiniętego w kulkę pod stolikiem, przyznał się do winy, mamrocząc, że matka torturowała go od lat.
Najlepszy perkusista świata bił kobietę. Dlaczego nikt nie reagował na wołanie Jima?
Zanim demony w jego głowie podkręciły głośność do jedenastu, Jim Gordon był muzycznym tytanem. Nie były to puste słowa, skoro sam Ringo Starr i Eric Clapton ochrzcili go mianem „najlepszego perkusisty na świecie”. Jego precyzyjny, niemal metronomiczny groove stanowił kręgosłup takich płytowych kamieni milowych jak „Pet Sounds” The Beach Boys czy „All Things Must Pass” George’a Harrisona. To właśnie podczas sesji z byłym Beatlesem poznał Claptona, co zaowocowało powołaniem do życia supergrupy Derek and the Dominos. Mało tego, jego solo w utworze „Apache” grupy Incredible Bongo Band stało się jednym ze świętych graali samplingu, beatem-założycielem, na którym swój kunszt budowali giganci hip-hopu, od Wu-Tang Clan po Nasa. W szczytowym momencie jego kalendarz pękał w szwach do tego stopnia, że codziennie latał między Las Vegas a Los Angeles, by zdążyć na kolejne sesje nagraniowe.
Pierwsze pęknięcia na tej lśniącej fasadzie pojawiły się już w latach 70. Niestety, w hałaśliwym i napędzanym używkami świecie rocka nikt nie usłyszał cichego krzyku o pomoc. Jego dziwaczne zachowanie, szepty do samego siebie czy niekontrolowane wybuchy agresji, wszystko to składano na karb narkotykowego stylu życia. Lekarze faszerowali go lekami na uzależnienie od alkoholu i kokainy, kompletnie ignorując tykającą bombę, jaką była rozwijająca się w nim schizofrenia. Jaskrawoczerwonym sygnałem alarmowym był brutalny atak na jego ówczesną partnerkę, Ritę Coolidge, po trasie z Joe Cockerem w 1970 roku. Gordon pobił ją do nieprzytomności. Był to jeden z wielu momentów, w których branża odwróciła wzrok, pozwalając tragedii dojrzewać w cieniu scenicznych reflektorów.
Jim Gordon dostał Grammy za "Laylę" w więziennej celi. Jak to możliwe?
Gdy sprawa trafiła na wokandę, diagnoza była jednoznaczna. Aż pięciu psychiatrów orzekło, że Gordon cierpi na ostrą schizofrenię paranoidalną. Mimo to, przez okrutny zbieg okoliczności, nie mógł skorzystać z obrony opartej na niepoczytalności. Prawo (Insanity Defense Reform Act) zmieniono tuż przed jego procesem. Skazano go na karę od 16 lat do dożywocia, a bramy więzienia nigdy się już przed nim nie otworzyły. Ironia losu zakpiła z niego w najbardziej okrutny sposób w 1993 roku. Gdy akustyczna wersja „Layli” Erica Claptona zgarniała nagrodę Grammy, statuetka dla współautora utworu powędrowała prosto do więziennej celi Jima Gordona. Jakby tego było mało, do dziś o prawa do tej melodii upomina się Rita Coolidge, twierdząc, że Gordon bezprawnie przypisał sobie ich wspólną kompozycję.
Jim Gordon zmarł 13 marca 2023 roku w więziennym ośrodku medycznym, zamykając za sobą 40 lat spędzonych za kratami. Nawet tam jego niezwykły talent nie ucichł. Współwięźniowie z zakładowego zespołu wspominali jego grę jako „niezwykle czystą i dynamiczną”, nazywając go „człowiekiem-metronomem”. Jego historia to tragiczny zapis geniuszu strawionego przez chorobę, której nikt nie chciał lub nie potrafił dostrzec. Głosy w jego głowie, które pchnęły go ku przepaści, okazały się niestety głośniejsze niż rytm perkusji, który uczynił go legendą.