Jak zepsuty transformator zrodził najsłynniejszy riff The Rolling Stones?
Historia rock and rolla jest pełna szczęśliwych wypadków, ale niewiele z nich miało tak potężne konsekwencje jak kapryśny transformator w studiu nagraniowym w Nashville. W 1960 roku, podczas sesji do utworu country „Don't Worry” Marty'ego Robbinsa, gitarzysta sesyjny Grady Martin wpiął swój bas Danelectro w konsoletę z uszkodzonym kanałem. Efektem był brudny, charczący dźwięk, który początkowo potraktowano jako techniczną katastrofę. Ten przypadkowy defekt dał jednak życie efektowi fuzz, brzmieniu, z którego pięć lat później Keith Richards wykuł jeden z najbardziej ikonicznych riffów wszech czasów, na nowo definiując gitarowy bunt w „(I Can't Get No) Satisfaction”.
Stworzyli pierwszy efekt gitarowy w historii. Dlaczego nikt go nie chciał?
Obecny na sesji Robbinsa inżynier dźwięku, Glenn Snoddy, zamiast panikować, był autentycznie zaintrygowany tym niecodziennym brzmieniem. Chociaż dźwięk przypominający wściekły rój pszczół wywołał niemałą konsternację, ostatecznie postanowiono go zachować. Piosenka stała się hitem, wbijając się na szczyt list przebojów country w 1961 roku. Analiza techniczna wykazała, że uszkodzone uzwojenie w transformatorze powodowało mikroskopijne iskrzenie, które generowało to charakterystyczne zniekształcenie. Snoddy, zamiast po prostu naprawić usterkę, postanowił zamknąć tę dźwiękową błyskawicę w butelce, widząc w niej gigantyczny potencjał. Sam Grady Martin również pokochał nowe brzmienie i niedługo później nagrał instrumentalny utwór „The Fuzz”, nadając tym samym nazwę całemu zjawisku.
We współpracy z inżynierem radiowym Revisem V. Hobbsem, Snoddy opracował układ oparty na trzech tranzystorach germanowych, który precyzyjnie symulował studyjną awarię. Swój wynalazek sprzedali firmie Gibson, która w 1962 roku wypuściła na rynek pierwszy komercyjny efekt gitarowy w historii, czyli Maestro FZ-1 Fuzz-Tone. Mimo swojego rewolucyjnego potencjału, urządzenie poniosło spektakularną klęskę. W pierwszym roku z fabryki wyjechało 5000 sztuk, ale w 1963 roku nabywców znalazły zaledwie trzy. Rok później nie sprzedano ani jednej. Świat najwyraźniej nie był jeszcze gotowy na brzmienie, które czekało na swojego gitarowego mesjasza.
Keith Richards nie chciał tego riffu! Jak fuzz zdefiniował "(I Can't Get No) Satisfaction"?
Wybawienie dla efektu fuzz nadeszło w maju 1965 roku w iście rockandrollowych okolicznościach. Keith Richards obudził się w hotelowym pokoju i odkrył, że w nocy, na wpół świadomie, nagrał na magnetofonie kasetowym surowy zarys riffu do „(I Can't Get No) Satisfaction”. Tuż po nim zarejestrował czterdzieści minut własnego chrapania. Gdy The Rolling Stones weszli do studia, Richards sięgnął po zalegający na półce pedał Maestro FZ-1. Jego celem nie było jednak stworzenie ostatecznego brzmienia gitary. Przesterowany dźwięk miał posłużyć jedynie jako szkic dla sekcji dętej, która w jego głowie miała zagrać główną melodię.
Mimo jego sceptycyzmu i opinii, że brzmienie jest zbyt „sztuczne”, reszta zespołu oraz producent Andrew Loog Oldham byli pod wrażeniem surowej energii gitarowego przesteru. Przegłosowali Richardsa i Micka Jaggera, decydując, że to właśnie ten brudny, agresywny fuzz ma być kręgosłupem utworu. Ta decyzja okazała się strzałem w dziesiątkę. „(I Can't Get No) Satisfaction” wystrzeliło na pierwsze miejsce list przebojów w Stanach Zjednoczonych, a pedał FZ-1 z dnia na dzień stał się obiektem pożądania gitarzystów na całym świecie. Cały zapas magazynowy Gibsona wyprzedał się do końca 1965 roku, a przypadkowy błąd z piosenki country na zawsze zagościł w arsenale rockowego brzmienia. Pomyśleć, że cała ta rewolucja zaczęła się od tego, że komuś po prostu spalił się transformator.