Jego śmierć otworzyła niesławny Klub 27. Czy Brian Jones z The Rolling Stones został zamordowany?

2026-01-04 12:23

W panteonie rocka istnieją legendy, których blask przyćmiewa mroczna tragedia. Oficjalnie uznana za nieszczęśliwy wypadek, tajemnicza śmierć Briana Jonesa z The Rolling Stones od ponad pięćdziesięciu lat budzi wątpliwości. Sprzeczne zeznania świadków i błędy śledczych sugerują, że prawda o tym, co wydarzyło się w basenie, została celowo ukryta.

Brian Jones

i

Autor: Ben Merk/ CC0 1.0

Brian Jones utonął w basenie autora Kubusia Puchatka. Wypadek czy morderstwo?

Są noce, które na zawsze pozostawiają rysę na winylowej płycie historii rocka. Jedną z nich jest bez wątpienia ta z 3 lipca 1969 roku, kiedy w mrocznych kronikach gatunku zapisano kolejny tragiczny rozdział. To właśnie wtedy Brian Jones, założyciel i pierwotna siła napędowa The Rolling Stones, został znaleziony martwy na dnie basenu w swojej posiadłości Cotchford Farm. Oficjalna wersja, opakowana w sterylne określenie „death by misadventure”, czyli nieszczęśliwy wypadek po utonięciu pod wpływem używek, od początku brzmiała jak fałszywy akord. Mimo upływu ponad pięćdziesięciu lat, liczne luki w śledztwie i sprzeczne zeznania świadków sprawiają, że ta historia pozostaje jedną z największych, nierozwiązanych zagadek w panteonie rock and rolla.

Przewrotny los chciał, że posiadłość w East Sussex, niegdyś dom A.A. Milne’a, twórcy beztroskiego Kubusia Puchatka, miała stać się dla Jonesa bezpieczną przystanią. Zaledwie kilka tygodni wcześniej, 8 czerwca, został on bezceremonialnie wypchnięty z The Rolling Stones, zespołu, któremu dał życie i nazwę. Zamiast upragnionego spokoju, znalazł tam jednak swój tragiczny finał w wieku zaledwie 27 lat. Tej feralnej nocy na posesji przebywało kilka osób, w tym jego szwedzka dziewczyna Anna Wohlin, budowlaniec Frank Thorogood oraz pielęgniarka Janet Lawson. To właśnie Thorogood i Wohlin wyciągnęli bezwładne ciało muzyka z wody, rozpoczynając tym samym opowieść, w której roi się od pytań bez odpowiedzi.

Klub 27 - klątwa, która wisi nad młodymi i sławnymi? /Eska ROCK

Kto zabił Briana Jonesa? Wyznanie na łożu śmierci i kompromitacja śledczych

Na pierwszy plan teorii spiskowych szybko wysunęła się wersja o morderstwie, a cień podejrzeń padł na Franka Thorogooda. W 1993 roku, niczym w scenariuszu mrocznego thrillera, budowlaniec miał na łożu śmierci wyszeptać Tomowi Keylockowi, byłemu kierowcy Stonesów: „To ja zabiłem Briana. Po prostu straciłem panowanie nad sobą”. Chociaż Keylock później wycofał się z tych słów, a rodzina Thorogooda stanowczo im zaprzecza, zeznania z nocy tragedii nie dają spokoju. Janet Lawson wspominała, że widziała obu mężczyzn „bawiących się” w basenie, po czym Thorogood wpadł do domu cały „drżący”. Ten obraz do dziś podsyca wyobraźnię i sugeruje, że tamtej nocy wydarzyło się coś więcej niż nieszczęśliwy wypadek.

Oficjalne śledztwo od samego początku było prowadzone w sposób, który budził poważne wątpliwości. Jones, wbrew wizerunkowi rockmana na krawędzi, był utalentowanym pływakiem, co czyni przypadkowe utonięcie mało prawdopodobnym. Co więcej, raport koronera zawierał informację, która mogłaby wywrócić całą sprawę do góry nogami. W płucach muzyka znaleziono bowiem słodką wodę, a nie chlorowaną z basenu. Kluczowy świadek, Janet Lawson, lawirowała w swoich zeznaniach, a tuż przed śmiercią oskarżyła policję, że ta „próbowała wkładać jej słowa do ust”. Takie zarzuty tylko dolały oliwy do ognia spekulacji o próbie tuszowania prawdy lub, co najmniej, o rażącej niekompetencji śledczych.

Pożegnanie w Hyde Parku i tajemnica śmierci. Jones otwiera Klub 27

Pomimo nowych tropów podsuwanych przez dziennikarzy śledczych, policja w Sussex trzykrotnie podchodziła do tematu, wznawiając i zamykając sprawę w latach 1984, 1994 i 2009. Za każdym razem finał był ten sam, czyli podtrzymanie oficjalnej wersji o nieszczęśliwym wypadku. W 2010 roku ostatecznie zatrzaśnięto drzwi, stwierdzając, że „nie ma nowych dowodów sugerujących, że orzeczenie koronera było niepoprawne”. Z taką oceną sytuacji nigdy nie pogodziła się córka muzyka, Barbara Marion. Od lat twierdzi, że jej ojciec został zamordowany, a policja nigdy nie podeszła do śledztwa z należytą starannością.

Zaledwie dwa dni po śmierci Jonesa, 5 lipca 1969 roku, The Rolling Stones zagrali legendarny darmowy koncert w Hyde Parku. Choć występ był planowany od dawna, zamienił się w wielkie, publiczne pożegnanie. Mick Jagger odczytał fragment poematu Percy'ego Bysshe Shelleya, a w niebo pofrunęły setki białych motyli. Dziś tamta historia obrosła w legendy, podsycane takimi detalami jak pogrzeb w hermetycznej trumnie, rzekomo podarowanej przez samego Boba Dylana. Brian Jones zapisał się w historii jako jeden z pierwszych członków niesławnego „Klubu 27”. Jego śmierć pozostaje niedokończonym utworem, mroczną balladą w dyskografii rocka, a echo pytań o tamtą lipcową noc wciąż wybrzmiewa z tą samą, niepokojącą siłą.