Jak Keith Richards nagrał najsłynniejszy riff świata przez sen?
Niektóre legendy rodzą się w blasku fleszy, inne w oparach potu na scenie ciasnego klubu. Ta narodziła się w środku nocy, przy akompaniamencie głośnego chrapania. Gdy Keith Richards przebudził się i odruchowo sięgnął po swój przenośny magnetofon Philipsa, taśma była przewinięta do samego końca. Zaintrygowany, wcisnął przycisk „play”. Zamiast spodziewanej ciszy, z małego głośnika popłynął riff, który miał wkrótce wstrząsnąć posadami muzycznego świata. A zaraz po nim nastąpiło około czterdziestu minut nagrania, na którym słychać było już wyłącznie głęboki sen autora. Richards nie pamiętał absolutnie nic. Ten podświadomy akt twórczy, uchwycony na świeżej kasecie, miał na zawsze zmienić oblicze rocka, chociaż jego autor początkowo nawet o tym nie wiedział.
Gdzie dokładnie wydarzyła się ta gitarowa magia? To jedna z tych rockandrollowych zagadek, która do dziś rozpala dyskusje fanów. Sam Keef w swojej autobiografii wskazuje na londyńskie mieszkanie w Carlton Hill. Z kolei inne źródła, jak choćby skrupulatny dziennik basisty The Rolling Stones Billa Wymana, przenoszą nas do hotelu na słonecznej Florydzie w maju 1965 roku. Niezależnie od współrzędnych geograficznych, fakt pozostaje ten sam, czyli riff, który stał się fundamentem globalnego hymnu, narodził się w półśnie. Na taśmie, oprócz tej gitarowej perły, podobno zarejestrowano jedynie dźwięk upuszczanej na podłogę kostki. To właśnie ten nieprawdopodobny splot przypadku i podświadomego geniuszu dał iskrę utworowi, który czekała jeszcze długa i wyboista droga na sam szczyt.
Dlaczego pierwsza wersja „Satisfaction” brzmiała jak piosenka Boba Dylana?
Gdy Richards puścił swoje senne nagranie Mickowi Jaggerowi przy hotelowym basenie w Clearwater, machina ruszyła. Jagger błyskawicznie dopisał do niego tekst, który był ostrym jak brzytwa komentarzem na temat wszechobecnego komercjalizmu. Pierwsze podejście do nagrania miało miejsce 10 maja 1965 roku w legendarnym Chess Studios w Chicago. Wersja, która tam powstała, była jednak surowa i akustyczna, z harmonijką Briana Jonesa na pierwszym planie. Brzmiało to bardziej jak numer z repertuaru Boba Dylana, a nie rockowy pocisk, który miał za chwilę eksplodować. Zespół czuł podskórnie, że w tej kompozycji drzemie znacznie potężniejszy, bardziej agresywny potencjał, który tylko czekał na uwolnienie.
Wystarczyły dwa dni, by przenieść się do RCA Studios w Hollywood, gdzie w końcu miała dokonać się prawdziwa alchemia. Richards, próbując jedynie naszkicować, jak powinna zabrzmieć planowana sekcja dęta, sięgnął po nową zabawkę, czyli efekt fuzzbox Maestro FZ-1. Ten brzęczący, przesterowany dźwięk miał być tylko tymczasowym szkicem, drogowskazem dla muzyków sesyjnych. Jednak gdy do tego gitarowego jadu dołączył fortepian i tamburyn dograne przez aranżera Jacka Nitzsche'a, utwór nabrał zupełnie nowego, potężnego wymiaru. To, co miało być chwilowym przewodnikiem, okazało się ostateczną, ikoniczną wersją, która zdefiniowała brzmienie dekady.
Richards i Jagger nienawidzili „Satisfaction”. Dlaczego nie chcieli wydać tego singla?
Najbardziej zaskakujące jest jednak to, że główni architekci tego zamieszania, Keith Richards i Mick Jagger, byli zagorzałymi przeciwnikami wydania "Satisfaction" jako singla. Uważali kompozycję za zbyt prostą, a charakterystyczny riff za nazbyt prymitywny, oparty na "głupim gadżecie", jakim był dla nich fuzzbox. Podczas głosowania w zespole obaj panowie byli na „nie”. Na szczęście dla milionów fanów, determinacja menedżera i producenta Andrew Loog Oldhama oraz reszty składu przeważyła szalę. Oldham usłyszał w tym numerze surową, buntowniczą energię, która idealnie trafiała w ducha epoki.
Numer trafił na rynek 6 czerwca 1965 roku i wbił się na szczyt listy Billboard w USA w zaledwie miesiąc, dając The Rolling Stones ich pierwszy numer jeden za oceanem. Szał był tak wielki, że do końca roku ze sklepowych półek zniknęły wszystkie fuzzboxy Gibsona. Ze względu na sugestywny tekst, który Oldham przezornie schował nieco głębiej w miksie, w Wielkiej Brytanii utwór królował głównie na antenach pirackich stacji radiowych, co tylko dodawało mu buntowniczego charakteru. Kilka miesięcy później wielki Otis Redding nagrał własną wersję, paradoksalnie realizując pierwotny pomysł Richardsa i dodając potężną sekcję dętą. To jednak ten senny riff, nagrany przez przypadek i wydany wbrew woli jego autora, na zawsze stał się jednym z najświętszych dźwięków w rockandrollowym kanonie.