Gdy w 2023 roku zespół Queens of the Stone Age zapowiadał nowy, pierwszy od aż sześciu lat studyjny album, było wiadomo, że w życiu jego lidera, Josha Homme, sporo się pozmieniało.
Burzliwy rozwód z Brody Dalle, walka z chorobą nowotworową odcisnęły spore piętno na muzyku i wyraźnie słychać to na płycie In Times New Roman... Płyta przepełniona jest mrokiem i bólem, które odbijają się tak w tekstach, jak i w mocnej, wściekłej muzyce. Nie da się ukryć, że materiał z tego wydawnictwa idealnie wypadł na koncertach, które grupa zaczęła grać niemal natychmiast po premierze.
Trasa "The End Is Nero Tour" trwała bez żadnych przeszkód aż do lata 2024 roku, kiedy to, dosłownie chwilę po, jakże symbolicznym, występie w paryskich katakumbach, Homme wrócił do Stanów Zjednoczonych. Muzyk musiał przejść pilną operację, a następnie skupić się na rekonwalescencji, w końcu jednak wrócił do siebie - a Queensi na sceny, promując wtedy już EP-kę Alive in the Catacombs. Już na samym zakończeniu wersji wideo występu słychać Josha, śpiewającego utwór, podpisany jako Insignificant Other. Dla fanów i fanek grupy stało się jasne, że ta nie marnuje czasu i już pracuje nad nowym materiałem.
Wyjście z mroku?
Choć koncerty, towarzyszące promocji dwóm ostatnim wydawnictwom Queensów były pełnymi energii, rockowymi koncertami z prawdziwego zdarzenia, nie dało się nie poczuć tej ciemności, wrażenia jakiegoś końca, zmierzchu, przepełnionego nie tyle gniewem, co bólem i poczuciem niezrozumienia. Widoczne było to także w oprawie graficznej In Times New Roman... oraz Alive in the Catacombs - czarno-białej lub z elementami czerwieni.
Że idzie coś nowego można było poczuć już wraz z rozpoczęciem tegorocznej odnogi trasy "The Catacombs Tour". Homme po raz kolejny zaprezentował swoje nowe oblicze, a fani - w szczególności fanki - zastanawiały się, jak to możliwe, że muzyk dziś prezentuje się lepiej, dużo bardziej zdrowo i stabilnie, niż 20 lat temu. Wydawało się więc, że zbliża się rychłe pożegnanie z tym wszystkim, co przykre.
W końcu 14 lipca oficjalną premierę miał utwór Easy Street. Choć początkowo tak zespół, jak i jego przedstawiciele zapewniali, że to jedynie jednorazowa przygoda, to już na tym etapie raczej mało kto w to wierzył. Kompozycja była nowością - ale nie do końca, gdyż grupie zdarzyło się już kilka razy zagrać ją na koncertach.
Pierwszy odsłuch Easy Street trochę mnie zaskoczył. To nie było nic podobnego do poprzedniej płyty - nieco psychodeliczne, zdecydowanie nieidealne, surowe - folkowe, jeśli wsłuchamy się w styl gry na gitarze. Numer bardzo szybko jednak wciąga, przyciąga autentycznością, a wraz z z szalonym klipem stanowi idealne połączenie. Panowie nie bawili się w wielkie tajemnice i już miesiąc później, wydając Insignificant Other zapowiedzieli cały album.
Jego tytuł, czyli Perfecth stanowi chyba klucz do całości tego, co poznajemy jako dziewiąty studyjny album Queens of the Stone Age. Jak tłumaczy Joshua Homme:
Nic na tym świecie nie jest idealne, ale wszystko wydaje się być "Perfecth”. I ten tytuł jest zabawny, kiedy jesteś wśród innych, ale już nie jest taki zabawny, kiedy jesteś sam i zdajesz sobie sprawę z tego, jak niedoskonałe jest wszystko.
Nie ma ideałów
Taki album, jak Perfecth mógł powstać tylko zespołowo, wśród grupy ludzi, która bardzo dobrze się zna, która mówi jednym językiem i dzieli takie samo spojrzenie na szeroko pojmowaną sztukę. Już singlowe Easy Street, Insignificant Other oraz najbardziej przebojowe, kojarzące się z tym najbardziej gitarowym wydaniu Queensów z całej tej płyty Where the Goth Girls At? udowodniły, że nastąpiło ostateczne wyjście z mroku. Zrobiło się bardziej słonecznie, swobodnie i szczerze - a przy tym nieidealnie, z domieszką żalu i zadumy nad tym, co przeminęło.
Bo to właśnie ta surowość nadaje największego charakteru całemu Perfecth. Już otwierające It's Only Love daje do zrozumienia, że nie będzie tu zbyt dużo momentów wysmakowanej, studyjnej perfekcji. Wybrany na pierwszy przystanek na nowej płycie kawałek ma w sobie jednak dozę niepokoju i trochę grozy, za co odpowiada przede wszystkich sekcja perkusyjna. W połączeniu z tą smyczkową tworzy ona wysmakowany, niemal gotycki klimat, przez co mimo wszystko mam wrażenie pewnego dialogu z In Times New Roman...
Im jednak dalej w Perfecth, tym takie skojarzenia będą się raczej rozmywać. Trudno przejść obojętnie obok tak bardzo umieszczonego w latach 60., czystko psychodelicznego, przywodzącego na myśl koncerty The Doors Mono. Naprawdę niesamowitą robotę na tym krążku robi Jon Theodore, a perkusja ma tym razem kolosalne znacznie w tej podróży po różnych muzycznych śladach. Słychać to także mocno oczywiście w Sunday, czyli nagranemu na nowo utworowi, wykonywanemu oryginalnie przez Iggy'ego Popa. Klasyk z Post Pop Depression nabiera tu jednak nieco bardziej funk-rockowego charakteru. Gitara Josha, te riffy słyszalne w tle, wybrzmiewa w nim mocniej. Zupełnie innego, nowego ducha nadaje mu także kobiecy chórek, w którym słychać Bridget Barkan oraz Amber Martin.
Mamy więc psychodelię, mamy też balladowe klimaty wprost z Kalifornii, co słychać w napędzanym akustykiem From the Cliff, w którym pięknie uzupełniają się głosy Josha i Michaela Shumana. Pozostajemy na tamtejszych plażach i nieco zwalniamy również w Phantom Limb. Tu zespół trochę bawi się ze słuchaczem, oferując mu gitarę akustyczną, przeplataną z nabierającą tempa perkusją i elektrykiem, które jednak ostatecznie nie przejmują pałeczki pierwszeństwa. Idealnym zwieńczeniem tej muzycznej uczty jest zamykający całą płytę Run Away from the Mob. Jak mówił jeszcze przed premierą sam Homme, utwór powstał dobre 20 lat temu, czekał jednak na swój moment. Rozpoczynając się dość niewinnie kawałek - w którym na bębnach zagrał Dave Grohl, na samym końcu staje się rockowym uderzeniem z prawdziwego zdarzenia. Tym samym żegnając się ze słuchaczmi Queens of the Stone Age pokazują, że nie, absolutnie nie stracili swojego pazura. Na chwilę jednak przestali pokazywać, jak bardzo potrafi być ostry.
Nowa płyta Queens of the Stone Age może być dla co niektórych sporym zaskoczeniem. To dużo bardziej dojrzałe i autentyczne wydanie zespołu, który śmiało podąża za swoimi przeczuciami. W czasach, gdy zewsząd otacza nas dopracowana do perfekcji muzyka, z niezwykle wymuskaną produkcją i wokalami, wygładzonymi autotunem, muzyczne nowości od Queens of the Stone Age wypadają niezwykle świeżo i po prostu szczerze.
Na Perfecth rządzi muzyka i to taka, która płynie prosto z serca. Panowie nie są nastawieni na robienie hitów, choć wydawnictwu trudno odmówić jedynej w swoim rodzaju przebojowości. To płyta niezwykle krótka, trwająca zaledwie nieco ponad 35 minut, ale przy tym bardzo zwarta, przemyślana i świetnie zagrana przez genialnych muzyków. Mocny kandydat na moją płytę roku.