Rammstein i Live in Mexico City. Oto recenzja nowego filmu koncertowego od zespołu
Rammstein to koncertowa potęga i basta. Fanów do tej opinii przekonywać nie muszę, a osoby, które jeszcze nie miały okazji zobaczyć Tilla Lindemanna i spółki na żywo, pewnie szybko przyznałyby mi rację. Choć na razie grupa zrobiła sobie przerwę od występów na największych obiektach na świecie, to przygotowała coś na osłodę - film Live in Mexico City, który obecnie jest wyświetlany w kinach (niestety, w okrojonej wersji trwającej niecałe dwie godziny), a lada moment – 20 listopada – ukaże się w pełni w formie fizycznej.
W tym przypadku mamy do czynienia z materiałem zarejestrowanym na początku października 2022 roku. Zespół zagrał wówczas trzy wyprzedane koncerty na gigantycznym stadionie Foro Sol w stolicy Meksyku. Były one częścią gigantycznego tournée, które rozpoczęło się w maju 2019, a dobiegło końca w lipcu 2024 (z przerwą w 2020 i 2021 ze względu na pandemię koronawirusa). Muzycy zaprezentowali się na Starym Kontynencie (aż cztery występy w Polsce) oraz w Ameryce Północnej. Łącznie licznik wspomnianej trasy po stadionach dobił do 135 koncertów. Skoro odhaczyliśmy już dane statystyczne, to możemy przejść płynnie do zawartości Live in Mexico City.
Uczta dla oczu i uszu
Nie od dziś wiadomo, że występy niemieckiej formacji, która na rynku jest obecna już od ponad trzech dekad, to coś więcej niż odegranie utworów przed publicznością. Członkowie R+ proponują nam gigantyczne, dopracowane w każdym celu, widowisko pełne ognia, pirotechniki i dodatkowych atrakcji (np. wózek dziecięcy w Puppe, armatka-penis w Pussy czy pontony po przejmującym wykonaniu Engel na B-Stage). Z myślą o stadionach zadbano o odpowiedni rozmach. Potężna scena, prezentująca się mocno industrialnie, zachwycała. Będąc na dwóch koncertach grupy w ramach ostatniej trasy brakowało mi jedynie dużych ekranów po bokach, dzięki którym spektakl można byłoby podziwiać bez większych problemów z każdego miejsca na danym obiekcie. Zamiast tego był wyłącznie mały telebim centralny, który stosunkowo rzadko wykorzystywano. Dlatego też z nieskrywaną radością przyjąłem wiadomość o premierze kolejnego koncertowego wydawnictwa w dorobku Rammsteina.
Każdy z zarejestrowanych występów w Meksyku zgromadził ok. 65 tys. osób. Z połączenia tych wydarzeń powstał film wyreżyserowany przez Paula Dugdale'a, znanego ze współpracy m.in. z The Rolling Stones czy Taylor Swift. Całość zarejestrowano w jakości 4K, więc Live in Mexico City to bez wątpienia uczta dla oczu. Dla uszu zresztą także…
Jeśli chodzi o setlistę, otrzymujemy ponad 20-utworowy, przekrojowy set z naciskiem na dwie ostatnie płyty - Rammstein (2019) oraz Zeit (2022). Do tego największe przeboje, jak m.in. Links 2 3 4, Du Hast, Sonne czy Du riechst so Gut, oraz niespodzianka w postaci kompozycji Te quiero puta!, która musiała się pojawić z wiadomych względów. Mamy więc do czynienia z repertuarem galowym, który w każdych warunkach by się sprawdził. Na Live in Mexico City wybrzmiał w pełnej krasie, o co zadbano pod kątem jakości dźwięku. Nie pozostaje nic innego, jak tylko delektować się tą koncertówką w zaciszu domowym.
Już od pierwszych minut uwagę przyciąga publiczność. Meksykańscy fani nie są tutaj jedynie tłem dla sześciu muzyków. Są integralną częścią całego przedstawienia. Tamtejsza publiczność nie patrzy na show z założonymi rękami – ona nim wręcz oddycha. Entuzjazm i chóralne odśpiewywanie kolejnych utworów nadają koncertowi wyjątkową energię, a stadion zamienia się w jeden ogromny organizm. Nie może więc dziwić, że niemiecka ekipa wybrała właśnie Meksyk, aby udokumentować wspomnianą trasę.
Obraz się trzęsie
Oglądanie Rammsteina za sprawą filmu koncertowego ma tę ogromną zaletę, że pozwala dostrzec detale, które podczas koncertu na żywo z odległości kilkudziesięciu metrów po prostu umykają. A na Live in Mexico City zadbano o ten aspekt. Są zbliżenia na muzyków, na publikę, a największe wrażenia robią ujęcia z drona, które przypominają, że mamy do czynienia z epickim wydarzeniem. Świetnym pomysłem są także momenty, kiedy obraz dosłownie się trzęsie przy kilku utworach. Czujemy się, jakbyśmy byli w środku tego wszystkiego. W dwóch przypadkach, Radio oraz Ausländer, zastosowano natomiast czarno-białą konwencję.
Po cichu liczyłem, że na samym koncercie się nie skończy. Trasa trochę trwała, więc miłym dodatkiem z pewnością byłby materiał zza kulis. Chętnie dowiedziałbym się, jak długo trwa budowa takiej majestatycznej sceny, albo ile osób jest zaangażowanych w produkcję widowiska sygnowanego przez niemiecką grupę. Pewien niedosyt się pojawił, ale poza tym Live in Mexico City to dzieło zapierające dech w piersiach, które bije na głowę poprzednie wydawnictwa live od Rammsteina. Absolutny majstersztyk!