Bycie gwiazdą rocka to paradoks wpisany w samą definicję tego zjawiska. Pakt z diabłem, w którym oddajesz anonimowość za uwielbienie, a spokój za wieczną legendę. Zawsze wydawało się, że to gra o sumie zerowej – nie można mieć jednego i drugiego. A jednak ktoś próbował to nazwać, wyartykułować ten niemożliwy do spełnienia sen o sławie na własnych warunkach. Kurt Cobain, człowiek, który w kilka miesięcy z undergoundowego księcia Seattle stał się globalnym mesjaszem flanelowych koszul, ujął to w swoim stylu – z brutalną szczerością i nutą naiwnego marzenia.
Chciałem być uwielbiany jak John Lennon, ale jednocześnie zachować anonimowość Ringo Starra. Nie chciałem być frontmanem. Zależało mi po prostu na tym, by siedzieć z tyłu, a mimo to nadal być gwiazdą rocka.
To nie była zwykła wypowiedź. To było całe credo artysty rozrywanego przez siły, które sam wprawił w ruch. Esencja konfliktu, który zdefiniował nie tylko jego karierę, ale i całą epokę grunge'u.
Na szczycie świata, w samym środku cyklonu
John Lennon nie był po prostu muzykiem. Był ideą. Architektem dźwięków i słów, które ukształtowały pokolenie, a potem kolejne. Cobain, który w swoich dziennikach nazywał go wprost „idolem”, rozumiał to doskonale. Chłonął wczesne płyty Beatlesów, podziwiając tę genialną prostotę, melodyjność i siłę, z jaką piosenki Lennona potrafiły wedrzeć się pod skórę. Pragnął tej samej mocy – chciał pisać hymny, które niosłyby coś więcej niż tylko chwytliwy refren. Chciał być autorytetem, kimś, czyj głos ma znaczenie. Otrzymał to z nawiązką. Gdy „Smells Like Teen Spirit” wybuchło na antenie MTV, świat oszalał. Media namaściły go na „głos pokolenia”, a on sam stał się postacią większą niż życie. Tyle że bycie Lennonem oznaczało życie na widelcu. Każdy gest, każde słowo, każda kłótnia z żoną była analizowana, rozkładana na czynniki pierwsze i rzucana na pożarcie publiczności. Lennon w końcu próbował to kontrolować, grać z mediami, wykorzystywać je do własnych celów. Cobain tego nie potrafił. Nie chciał. Bycie na celowniku go paraliżowało.
Marzenie o byciu tylko perkusistą
W tym rockandrollowym panteonie Ringo Starr zajmował miejsce szczególne. Był w samym sercu huraganu, a jednak pozostawał na jego uboczu. Niezbędny, kochany, absolutnie kluczowy dla brzmienia The Beatles, ale nigdy nie był na pierwszej linii ognia. Miał najlepsze miejsce na sali – za bębnami, z idealnym widokiem na szalejący tłum i plecy swoich kolegów, którzy przyjmowali na siebie całą siłę uwielbienia i nienawiści.
To właśnie owa „anonimowość Ringo” była dla Cobaina świętym Graalem. Być częścią fenomenu, czerpać z niego artystyczną satysfakcję i finansowe bezpieczeństwo, ale po koncercie móc po prostu zniknąć. Wtopić się w tłum, pójść do baru, żyć. Bez aparatów fotograficznych, bez szeptów za plecami, bez ciężaru bycia symbolem czegokolwiek. To pragnienie ucieczki w cień było w nim równie silne, co potrzeba bycia usłyszanym. Perkusista jest kręgosłupem zespołu, ale rzadko jego twarzą. Cobain marzył o byciu kręgosłupem rewolucji, którą sam rozpętał, nie jej twarzą.
Dlaczego Kurt Cobain nie mógł mieć jednego i drugiego?
Rzeczywistość okazała się brutalna. W strukturze Nirvany nie było miejsca na bycie jednocześnie Lennonem i Ringo. Cobain był autorem niemal wszystkiego – muzyki, tekstów, całej artystycznej wizji. To jego ból, gniew i wrażliwość napędzały ten zespół. Nie mógł po prostu „siedzieć z tyłu”, bo bez niego przód by nie istniał. Sukces Nevermind był tak nagły i totalny, że nie dał mu czasu na zbudowanie jakiejkolwiek tarczy. Z dnia na dzień stał się własnością publiczną. Czuł się prześladowany przez media, niezrozumiany przez fanów, którzy w jego antyestablishmentowej postawie widzieli tylko modę, a w tekstach o wyobcowaniu – powód do imprezy.
Zderzenie jego introwertycznej natury z ekstrawertycznym zawodem frontmana było katastrofalne. Im głośniej świat krzyczał jego imię, tym bardziej on sam chciał zamilknąć. Paradoks, który tak trafnie opisał, stał się jego więzieniem. Chciał być kochany za swoją sztukę, ale nienawidził ceny, jaką była utrata siebie. Chciał pisać piosenki, które zmieniają świat, ale nie chciał być tym, który musi potem ten świat witać z okładki każdego magazynu. Ostatecznie okazało się, że w latach 90. nie można było już być Ringo Starrem. Nawet perkusiści, tacy jak Dave Grohl, szybko stawali się gwiazdami. A już na pewno nie można było być Johnem Lennonem i liczyć na to, że ktokolwiek pozwoli ci schować się w cieniu. Ten niemożliwy sen o sławie idealnej pozostał tylko gorzkim cytatem. Świadectwem tęsknoty za światem, który w rock'n'rollu nigdy nie istniał.