Judas Priest i historia powstania albumu Turbo
W pierwszej połowie lat osiemdziesiątych brytyjska formacja Judas Priest zdecydowanie była na metalowym szczycie. British Steel (1980), Screaming For Vengeance (1982) oraz Defenders of the Faith (1984) to albumy, które należą do kanonu ciężkiego grania. – Po latach harówki nagle osiągnęliśmy to, do czego dążą wszystkie zespoły, czyli sukces. To był niesamowity czas, nie tylko dla Priest, ale dla metalu w ogóle – powiedział wokalista Rob Halford w wywiadzie dla zachodniego Metal Hammera. We wrześniu 1984 – po zakończeniu trasy promującej dziewiąte studyjne wydawnictwo – muzycy postanowili trochę odpocząć. Jednak już na początku 1985 zaczęli poważnie myśleć o kolejnej płycie. A nawet i... dwóch.
Idea była doprawdy ambitna: jeden krążek miał zawierać lżejsze, bardziej komercyjne i eksperymentalne utwory, a drugi – klasyczny metal. Wytwórnia nie zgodziła się na Twin Turbos. Uznała, że jest to zbyt ryzykowne podejście pod względem finansowym. Pomysł został więc porzucony, a zgromadzony materiał podzielono – bardziej przystępne kompozycje miały trafić na nadchodzący krążek Turbo. Z kolei te cięższe musiały trochę poczekać na swoją kolej i pojawiły się na Ram it Down z 1988.
Taki wybór, patrząc z perspektywy lat, nie był wielkim zaskoczeniem. Grupa doskonale zdawała sobie sprawę, że zmian zachodzących na rynku muzycznym i trendów, które były na czasie. Muzycy postanowili "płynąć z prądem" i skorzystać z syntezatorów gitarowych. Rob Halford przyznał po latach, że podjęcie tej decyzji "nie przyszło im łatwo". – Wiedzieliśmy, że wielu fanów Priest uważa syntezatory za instrument dla cieniasów i coś, co nie pasuje do metalu, więc wykorzystanie ich wzbudzi pewne kontrowersje – wspominał wokalista w swojej autobiografii Wyznanie. Otworzyły one przed zespołem inne możliwości. – Ten nowy dla nas instrument brzmiał niezwykle potężnie [...] więc postanowiliśmy go wypróbować. Nie uznawaliśmy tego za "zdradę heavy metalu" czy coś równie głupiego – dodał frontman Judas Priest.
Prawdziwe szaleństwa
Zespół zabrał się do pracy na poważnie nad albumem Turbo w studiu Compass Point na Bahamach. – Zdecydowaliśmy się właśnie na to miejsce, bo uznaliśmy, że studio, które oferuje nam także przestrzeń mieszkalną, będzie idealnym miejscem, byśmy mogli pracować i mieszkać razem oraz całkowicie skupić się na muzyce – wyjaśnił Halford. Nie trzeba jednak być Sherlockiem Holmesem, żeby domyślić się, że popularny kurort na Karaibach oferował różnego rodzaju atrakcje, które odciągały muzyków od nagrywania. W pewnym momencie wkradł się więc chaos.
Okres powstawania albumu Turbo był zresztą bardzo trudny dla wokalisty. Uzależnienie od alkoholu i narkotyków dawało o sobie mocno znać. – Nikt w zespole nie reagował na moje szaleństwa. Tak to już działa w Priest. Chłopaki doskonale jednak wiedziały, że jestem w strasznym stanie, tracę nad sobą kontrolę i szybko się staczam – dodał Halford w Wyznaniu. Było na tyle źle, że lider Judas Priest podjął próbę samobójczą. Popił on alkoholem miesięczny zapas tabletek nasennych. Na szczęście, udało się go w porę odratować. Wokalista, po tym jak stoczył się na samo dno, udał się na odwyk trwający 30 dni, który uratował mu życie. – Reszta zespołu przeżyła szok – chłopcy zupełnie nie spodziewali się takiego rozwoju wypadków. Ja też nie. Od razu przylecieli do Phoenix, żeby się ze mną zobaczyć – wspominał. Po tej sytuacji uznał, że już nigdy nie sięgnie po używki.
Wielki eksperyment
Na początku 1986 producent Turbo Tom Allom, stały współpracownik zespołu od 1979, zarządził zmianę otoczenia. Dokończenie nagrań i miksowanie odbyło się w Record Plant Studios w Los Angeles. Halford wrócił do zespołu całkowicie "czysty" i był pełen energii. – Czułem się znakomicie. Po raz pierwszy nagrywałem wokale na płytę Priest na trzeźwo – przyznał w swojej książce.
Krążek Turbo ukazał się 7 kwietnia 1986. Choć konserwatywni fani byli wściekli, całość odniosła komercyjny sukces. Już w czerwcu płyta pokryła się złotem w USA, a w lipcu 1989 muzycy Judas Priest mogli świętować uzyskanie platyny. Wpływ na to miało z pewnością MTV. Teledyski zrealizowane do utworów Turbo Lover oraz Locked In chętnie puszczano na tym kanale, co podkręcało tylko sprzedaż. – To był wielki eksperyment. Nie byliśmy pewni, jaka będzie reakcja, ale wierzyliśmy, że postępujemy słusznie. I dlatego jest to uczciwe – powiedział basista Ian Hill na łamach Metal Hammera.
Przez lata Turbo wywoływał sporo kontrowersji. Z czasem dziesiąty studyjny album grupy zaczął być akceptowany również przez najbardziej ortodoksyjnych słuchaczy Judas Priest. – Teraz mamy 30 tys. metalowych maniaków, którzy na koncertach śpiewają "I'm your turbo lover", ale kiedy ten album wyszedł, wszyscy chcieli wyrzucić go do kosza. Mówili: "Co to jest? Przecież to nie jest metal" – wyznał wokalista w wywiadzie dla brytyjskiego Planet Rock w 2025. Odwaga zespołu – w ostatecznym rozrachunku – się opłaciła.
Jakie ciekawostki skrywa album Turbo? Tego dowiecie się z galerii, którą umieściliśmy na samej górze niniejszego artykułu.