Wyobraźmy sobie londyński salon z przełomu lat 60. i 70. Gęsty dym miesza się z zapachem paczuli i dźwiękami Fendera Stratocastera, którego właściciel właśnie próbuje znaleźć nowy riff. Na kanapie siedzą muzycy, którzy za chwilę zdefiniują całą dekadę, a pod nogami kręci im się mała dziewczynka, dla której ten surrealistyczny teatr jest po prostu domem. To nie fantazja ani scena z filmu. To codzienność, w której dorastała Ariane Forster, znana światu jako Ari Up. Po latach, już jako ikona zupełnie innej rewolucji, wspominała to w charakterystyczny dla siebie, bezpretensjonalny sposób.
Jestem dzieckiem rock 'n' rolla. Byłam jedną z ostatnich osób, które urodziły się w samym jego środku. Moja matka była promotorką, więc dorastałam w otoczeniu gwiazd rocka. Kiedy byłam mała, ludzie tacy jak Jimi Hendrix przechadzali się po naszym salonie.
To zdanie brzmi jak rockandrollowy mit założycielski, ale w jej przypadku było kronikarskim zapisem faktów. Matka, Nora Forster, obracała się w samym epicentrum muzycznego świata, a do grona jej przyjaciół należał sam Jimmi Hendrix. Ojcem chrzestnym Ari został Jon Anderson z grupy Yes. Z takiego domu wychodzi się albo grzeczną dziewczynką, starającą się uciec jak najdalej od artystycznego chaosu, albo z gitarą w ręku i płonącą potrzebą, by ten chaos zdefiniować na nowo. Ari Up wybrała to drugie.
Jimi Hendrix w salonie, czyli jak rodzi się bunt?
Wydawałoby się, że dorastanie w cieniu takich gigantów to prosta droga do naśladowania mistrzów. Ale Ariane nie interesowało kopiowanie bluesowych solówek ani progresywne suity. Kiedy w połowie lat 70. Londynem wstrząsnęła nowa, brudna energia, ona była już gotowa. Wszechobecny w jej domu punk rock, którego ucieleśnieniem stał się wkrótce jej ojczym, John Lydon z Sex Pistols, był dla niej naturalnym językiem. To on, a nie duchy rockowych bogów z salonu matki, ukształtował jej wrażliwość. Nauczyła się grać na gitarze od samego Joe Strummera z The Clash, co było symbolicznym przekazaniem pałeczki. Stara gwardia mogła być tłem, ale to nowa fala niosła prawdziwą obietnicę.
W wieku zaledwie 14 lat, w 1976 roku, założyła z koleżanką zespół The Slits. To nie był kaprys nastolatki, a akt założycielski jednego z najważniejszych i najbardziej bezkompromisowych zespołów pierwszej fali punka. W świecie zdominowanym przez chłopaków z agrafkami w klapach, The Slits były zjawiskiem osobnym – dzikim, nieprzewidywalnym i całkowicie autentycznym. Nie chciały być grzecznymi chórzystkami ani sceniczną ozdobą. Były siłą natury.
Ari Up i dziewczyny, które nie chciały być tylko ozdobą
Viv Albertine, gitarzystka The Slits, wspominała Ari jako najbardziej dynamiczną kobietę, jaką kiedykolwiek spotkała. „Sposób, w jaki się poruszała, sam w sobie był rewolucją” – mówiła. I to prawda. Charyzma Ari Up eksplodowała na scenie. Jej dzikie włosy, ekscentryczne stroje i wokal balansujący między krzykiem a plemiennym zaśpiewem były czymś absolutnie świeżym. Podczas gdy punk stawał się powoli uniformem, The Slits, zafascynowane reggae i dubem, pchały gatunek na zupełnie nowe tory. Ich muzyka była „dżunglowa”, surowa, rytmiczna, daleka od prostego łojenia na trzy akordy.
Były otwarciem dla The Clash, a ich debiutancki album „Cut” z ikoniczną okładką, na której stoją umazane błotem i niemal nagie, to do dziś manifest kobiecej siły i niezależności. To nie była wystudiowana prowokacja – to była deklaracja wolności od wszelkich oczekiwań, zarówno ze strony mainstreamu, jak i samej punkowej sceny. Były zbyt dziwne dla jednych i zbyt „artystyczne” dla drugich. A w centrum tego wszystkiego stała Ari – dziecko rockandrollowego establishmentu, które stało się królową punkowego undergroundu.
Cena wolności i dom u Johnny'ego Rottena
Kiedy The Slits zakończyły działalność w 1981 roku, Ari Up nie zwolniła tempa. Jej życie pozostało manifestem nonkonformizmu. Zamieszkała z partnerem i synami w dżungli w Indonezji i Belize, żyjąc wśród rdzennych plemion, a później osiadła na Jamajce. To była ucieczka od cywilizacji, próba znalezienia autentyczności, o której śpiewała. Jednak ta utopijna wizja miała swoją cenę. Wolność, którą dała swoim dzieciom, okazała się tak absolutna, że niemal destrukcyjna.
W tej historii pojawia się zaskakujący epilog, w którym główną rolę odgrywa jej ojczym, Johnny Rotten. Jak sam wspominał, w pewnym momencie Ari przyznała, że nie radzi sobie z nastoletnimi synami. Chłopcy „nie potrafili czytać, pisać ani formułować poprawnych zdań”. Wtedy Lydon i Nora Forster wzięli ich pod swój dach, stając się ich prawnymi opiekunami. Ten gorzki, ale i poruszający fakt rzuca nowe światło na całą historię. Pokazuje, że nawet największy bunt potrzebuje czasem bezpiecznej przystani, a ikona anarchii może okazać się ostatnią deską ratunku.
Historia Ari Up to opowieść o życiu przeżytym na własnych warunkach, od pierwszego do ostatniego dnia. Nawet gdy zdiagnozowano u niej raka, odmówiła chemioterapii, bo nie chciała stracić swoich dredów. To był ostatni, najtrudniejszy akord buntu dziewczyny, dla której Jimi Hendrix w salonie był tylko początkiem drogi.