Była połowa lat 90., a świat rocka powoli otrząsał się z grunge'owej gorączki. Czas niewinności, flanelowych koszul i garażowego brudu bezpowrotnie minął. Na scenę wkraczała nowa wrażliwość – bardziej wykalkulowana, wygładzona, gotowa do sprzedaży. W samym środku tego przesilenia stała ona. Courtney Love. Wdowa po Kurcie Cobainie, liderka platynowego zespołu Hole, ikona i antyikona w jednym ciele. Kobieta, która jak nikt inny potrafiła przekuć ból, chaos i publiczne upokorzenie w paliwo rakietowe dla swojej kariery. I to właśnie wtedy, w jednym z wywiadów, patrząc prosto w kamerę z mieszaniną drwiny i rezygnacji, rzuciła zdanie, które idealnie podsumowało jej miejsce w popkulturowym uniwersum.
Wiesz, gdyby Nicole Kidman była gwiazdą rocka, byłaby znacznie bardziej profesjonalna ode mnie, przykro mi.
Czy Courtney Love w ogóle wiedziała, co to profesjonalizm?
To pytanie wisiało w powietrzu przez całą dekadę. Profesjonalizm w słowniku Courtney Love był pojęciem co najmniej abstrakcyjnym. Jej koncerty z Hole w okresie „Live Through This” były legendarnymi seansami nieprzewidywalności. Potrafiła przerwać piosenkę w połowie, by wygłosić chaotyczny, pełen wściekłości monolog o swoim zmarłym mężu, by za chwilę rzucić gitarą w stronę wzmacniacza. Wchodziła w pyskówki z publicznością, wdawała się w bójki na backstage'u, a jej występy balansowały na cienkiej granicy między artystycznym katharsis a publicznym załamaniem nerwowym.
Media karmiły się tą nieokiełznaną energią, przedstawiając ją jako histeryczkę, czarną wdowę rock'n'rolla, postać tragiczną i odpychającą jednocześnie. Ona sama zdawała się nie robić nic, by ten wizerunek ocieplić. Wręcz przeciwnie, dolewała oliwy do ognia, świadoma, że w świecie rocka autentyczność, nawet ta najbardziej destrukcyjna, jest walutą cenniejszą niż nienaganne maniery.
Hollywood wita z otwartymi ramionami. Ale na swoich warunkach
I wtedy stało się coś, czego nikt się nie spodziewał. Ta sama nieprzewidywalna, „nieprofesjonalna” postać postanowiła zmierzyć się ze światem Nicole Kidman na jego własnym boisku. Gdy Miloš Forman obsadził ją w roli Althei Leasure w filmie „Skandalista Larry Flynt”, w Hollywood zawrzało. To był ruch ryzykowny, wręcz szalony. A jednak Courtney zrobiła to, co musiała. Przeszła detoks, podporządkowała się reżimowi planu filmowego i stworzyła kreację, która zapierała dech w piersiach.
Za swoją rolę otrzymała nominację do aktorskiego Złotego Globu, a krytycy filmowi, którzy do tej pory znali ją tylko z okładek tabloidów, przecierali oczy ze zdumienia. Okazało się, że pod warstwą rock'n'rollowego brudu i autodestrukcji kryje się prawdziwy talent. Udowodniła, że potrafi być profesjonalna. Potrafiła być swoją własną Nicole Kidman, ale tylko wtedy, gdy sama tego chciała i gdy stawka była odpowiednio wysoka. To nie była kapitulacja, to była demonstracja siły.
Skóra celebrytki, dusza punkrockerki
Jej hollywoodzki sukces nieodwracalnie zmienił także muzykę. Kolejna płyta Hole nosiła znamienny tytuł „Celebrity Skin”. Był to album lśniący, wyprodukowany na błysk, z power-popowymi melodiami, które mogłyby lecieć w każdej stacji radiowej. Zniknęły zgrzytliwe gitary i gardłowy wrzask, zastąpione przez bardziej przystępne, radiowe brzmienie. Dla wielu starych fanów była to zdrada ideałów. Dla niej – kolejny logiczny krok. Przecież właśnie otarła się o świat największych gwiazd, zobaczyła, jak działa mechanizm sławy od środka. „Celebrity Skin” było jej ironicznym komentarzem, lustrem podstawionym kulturze, która najpierw ją stworzyła, potem próbowała zniszczyć, a na końcu nagrodziła.
Courtney Love nigdy nie stała się Nicole Kidman. Pozostała sobą – chodzącym paradoksem, artystką, która z chaosu potrafiła utkać wielką sztukę i która swoją brutalną szczerością obnażała hipokryzję zarówno sceny rockowej, jak i hollywoodzkiego blichtru. I może właśnie na tym polegał jej specyficzny, pokręcony rodzaj profesjonalizmu.