Wepchnęli Piotra pod autobus, bo pokazał im środkowy palec
Wspólnie byli tacy szczęśliwi. Razem wybudowali niewielki domek pod Pabianicami i z niecierpliwością czekali na datę swojego ślubu. Wszystko było już zaplanowane - ustalony termin w kościele, wynajęta sala, zamówiona orkiestra. Kiedy w środę, 10 grudnia 2014 roku 30-letnia wówczas pani Aleksandra wychodziła rano do pracy, w najczarniejszych myślach nie przypuszczała, że to ostatni pocałunek, ostatnie chwile spędzone razem. Że już nigdy Piotra nie zobaczy.
On sam przed godz. 14 wsiadł na swój rower, na głowę założył kask i wyruszył w kierunku swojego miejsca zatrudnienia. Najpierw dotarł do Pabianic, a później skierował się w stronę ulicy Nawrockiego. Tam drogę zajechał mu samochód Renault Megane. Zdenerwowany pan Piotr pokazał w kierunku auta środkowy palec. Na siedzącego za kierownicą 19-letniego wtedy Kamila K. i jego dwóch pasażerów Konrada B. (24 l.) oraz Łukasza G. (27 l.) podziałało to, jak płachta na byka.
Renault wyprzedziło rowerzystę i stanęło na poboczu, w okolicy ryneczku. Konrad B i Łukasz G. wyskoczyli z samochodu. Ten pierwszy podbiegł do jadącego rowerem pana Piotra i z całych sił wepchnął go pod nadjeżdżający autobus. Mężczyzna uderzył głową w boczną szybę autokaru i zakrwawiony padł na ziemię. Zginął na miejscu. Napastnicy wsiedli do samochodu, uciekli z miejsca tragedii i zaczęli się ukrywać.
- To był taki dobry człowiek. Co on im zrobił? - rozpaczała po śmierci ukochanego pani Aleksandra. - Wspólnie zaplanowaliśmy nasze życie. Oni zabili te marzenia - mówiła z niedowierzaniem.
Zabójstwo w Pabianicach. Sprawca sam przyszedł na komendę
Zaraz po zdarzeniu policjanci rozpoczęli poszukiwania sprawców tego okrutnego mordu. Świadkowie zapamiętali numer rejestracyjny samochodu, dlatego jeszcze tego samego dnia zapukali do domu jego właściciela, Kamila K., ale ten zdążył się już ukryć. Sam zgłosił się na komendę policji dzień później wieczorem. Po kolejnych dwóch dniach, w sobotę rano, przyszli tam pasażerowie jego auta, Łukasz G. i Konrad B.
Prokuratura temu ostatniemu postawiła zarzut zabójstwa, jego kompanii zostali oskarżeni o usiłowanie pobicia o charakterze chuligańskim. Ich proces przed Sądem Okręgowym w Łodzi rozpoczął się w październiku 2015 roku. Wtedy pierwszy raz spojrzeli w oczy bliskich pana Piotra. - Chcieliśmy przeprosić za to, co się stało - mówili.
Zgodnie nie przyznali się do winy. Konrad B. utrzymywał, że nie chciał zabić, a cała sprawa to wynik przypadku. - On nas sprowokował wulgarnym gestem, gdy jechaliśmy autem. Gdyby tego nie zrobił, nic by się nie wydarzyło - przekonywał sąd.
Prokurator w mowie końcowej zażądał dla Konrada B. kary 15 lat więzienia za morderstwo. Sąd zmienił jednak wobec niego kwalifikację prawną czynu, uznał go winnym pobicia ze skutkiem śmiertelnym i skazał za to na 8 lat pozbawienia wolności. Konrad B. usłyszał wyrok 4 lat więzienia, a Kamil K. miał spędzić za kratkami 2 lata.
- Uznaję oskarżonych za winnych temu, że wspólnie i w porozumieniu z błahego powodu wzięli udział w pobiciu Piotra K., powodując jego śmierć, przy czym działali nieumyślnie, nie spodziewając się, że poszkodowany wpadnie pod autobus - uzasadniał wyrok sędzia Ryszard Lebioda. Od tego wyroku odwołali się obrońcy oskarżonych, ale Sąd Apelacyjny w Łodzi utrzymał je w mocy.
Ponad 10 lat po śmierci pana Piotra życie napisało tragiczne zakończenie tej historii. W maju ubiegłego roku główny oskarżony o spowodowanie jego zgonu, Konrad B., został zamordowany w dalekim Meksyku. Mężczyzna zginął od licznych ciosów nożem zadanych przez przypadkowego mężczyznę na jednej z ulic miasta Tijuana. Według miejscowych mediów Polak, padł ofiarą linczu, po tym, jak miał się nietypowo zachowywać w stosunku do 5-letniego dziecka. Morderca Konrada B. został schwytany.
Polecany artykuł: