Spis treści
Są takie momenty w kinie, które na stałe zapisują się w pamięci, choć rzadko zastanawiamy się nad ich pochodzeniem. W arcydziele "Szeregowiec Ryan" z 1998 roku, pośród huku bomb i przerażającego realizmu wojny, reżyser Steven Spielberg znalazł przestrzeń na chwilę intymnego wyciszenia. Kiedy wycieńczony oddział odnajduje wreszcie tytułowego szeregowca, granego przez Matta Damona, młody żołnierz dowiaduje się o niewyobrażalnej tragedii - jego trzej bracia zginęli na wojnie. W poruszającej rozmowie z kapitanem Johnem H. Millerem (Tom Hanks), Ryan ze smutkiem przyznaje, że z trudem przypomina sobie ich twarze. Dowódca zachęca go wtedy, by skupił się na konkretnym, pojedynczym wspomnieniu. Wtedy Ryan zaczyna snuć osobliwą opowieść: "This, this one night, two of my brothers came and woke me up in the middle of the night. And they said they had a surprise for me. So they took me to the barn up in the loft and there was my oldest brother, Dan, with Alice, Alice Jardine. I mean, picture a girl who just took a nosedive from the ugly tree and hit every branch coming down." Ta krótka, wygłoszona ze smutnym uśmiechem anegdota o nocy w stodole, podczas której rodzeństwo przyłapało najstarszego brata z dziewczyną, z miejsca ujęła widzów na całym świecie. Mało kto jednak wie, że te słowa nigdy nie miały paść na planie.
Jak zrodziła się jedna z najbardziej zaskakujących improwizacji w historii kina?
Za fasadą tej prostej, nostalgicznej sceny kryje się absolutny popis aktorskiej kreatywności. Matt Damon, który był już wtedy laureatem Oscara za scenariusz do filmu "Buntownik z wyboru", postanowił zaufać swojemu instynktowi opowiadacza. Matt Damon stworzył całą historię na poczekaniu, całkowicie rezygnując z zapisanego w scenariuszu tekstu. Co ciekawe, sama anegdota jest dość niedorzeczna, chaotyczna i - obiektywnie rzecz biorąc - niezbyt zabawna. Był to jednak w pełni celowy zabieg ze strony aktora. Damon doskonale rozumiał, że chłopak rzucony w wir wojennej zawieruchy nie przemówi do starszego rangą oficera wygładzonym, hollywoodzkim monologiem. Wspomnienie miało brzmieć jak autentyczna, nieco niezręczna i nostalgiczna opowieść zwykłego nastolatka z prowincjonalnej Iowy. Ta celowa niedoskonałość sprawiła, że widzowie natychmiast uwierzyli w dramat bohatera, który w obliczu nadchodzącego starcia kurczowo trzyma się najprostszych chwil z przeszłości.
Dlaczego szczery śmiech Toma Hanksa nie był efektem gry aktorskiej?
Kiedy Matt Damon zaczął dzielić się historią o bracie i nieszczęsnej nocy w stodole, na twarzy siedzącego naprzeciwko Toma Hanksa od razu pojawiło się szczere rozbawienie. Okazało się, że Hanks nie znał wcześniej tej historii i nie miał pojęcia o planach swojego młodszego kolegi. Słuchając spontanicznych wyznań Damona, hollywoodzki weteran reagował całkowicie naturalnie. Jego śmiech i cała reakcja były w stu procentach prawdziwe, a nie wyreżyserowane. Ta niezwykła interakcja między aktorami zrodziła się z czystego zaskoczenia na planie. Dzięki temu cała scena zyskała niesamowitą lekkość, stając się jednym z nielicznych jasnych punktów w tym skrajnie ponurym, przesiąkniętym śmiercią filmie. Zamiast patetycznej wymiany zdań o honorze i ojczyźnie, widzowie otrzymali intymny moment porozumienia między dwoma zmęczonymi ludźmi, których na chwilę połączyła zwykła ludzka serdeczność.
Czy ta z pozoru zbędna scena uratowała autentyzm głównego bohatera?
Praca na planie tak gigantycznej produkcji jak "Szeregowiec Ryan" wymagała niezwykłej precyzji, dlatego każda sekunda nagrania była na wagę złota. Nic dziwnego, że część ekipy filmowej początkowo uważała tę scenę za całkowicie zbędną i spowalniającą akcję przed finałowym starciem. Pojawiły się głosy, że zabawna opowieść o przygodach w stodole nie pasuje do tragicznego tonu filmu. Na szczęście ostateczne słowo należało do Stevena Spielberga. Legendarny reżyser od razu dostrzegł głęboki sens w spontanicznym pomyśle Damona. Spielberg uznał, że ta krótka, pozornie niedorzeczna anegdota doskonale oddaje prostolinijną osobowość Ryana. To właśnie dzięki niej tytułowy bohater przestał być jedynie celem wojskowej misji wypisanym na papierze, a stał się człowiekiem z krwi i kości, o którego życie warto walczyć. Reżyser bez wahania pozostawił ten fragment w ostatecznym montażu, tworząc jedną z najbardziej poruszających i ludzkich scen w historii kina.