Richey Edwards pociął się przed dziennikarzem. Tak Manics udowodnili, że są „4 REAL”
Są w historii rocka momenty, które rozcinają ciszę jak brzęk tłuczonego szkła. Jeden z nich wydarzył się 15 maja 1991 roku w dusznym zapleczu Norwich Arts Centre. Gdy opadł już kurz po koncercie, Richey Edwards, gitarzysta i tekściarz Manic Street Preachers, stanął twarzą w twarz z dziennikarzem NME, Stevem Lamacqiem. W odpowiedzi na zarzut o brak autentyczności, Edwards nie sięgnął po kolejny argument. Sięgnął po żyletkę. Na oczach zszokowanego reportera wypalił na swoim przedramieniu krwawe hasło: „4 REAL”. To nie był teatralny gest, ale brutalny akt desperacji, który wymagał osiemnastu szwów i na zawsze wpisał się w mitologię muzyki. Manics właśnie udowodnili, że nie są kolejną kapelą zapatrzoną w swoich idoli, a ich przekaz jest pisany krwią.
Ten szokujący wybuch nie wziął się znikąd. Był echem mroku, który od dawna kłębił się w głowie Edwardsa, walczącego z potężną depresją i historią samookaleczeń, w tym gaszenia papierosów na własnym ciele. Fizyczny ból, jak sam tłumaczył, stawał się jedynym kanałem, przez który mogły ujść tłumione emocje, odwracając uwagę od psychicznej tortury. Po godzinie jałowej dyskusji z Lamacqiem, gdy słowa straciły moc, Richey postanowił uderzyć w jedyny sposób, jaki znał. Chciał, by świat usłyszał, że jego zespół jest autentycznie wkurzony i, co najważniejsze, śmiertelnie prawdziwy.
Jedno zdanie Lamacqa z NME rozpętało piekło. Tak powstało ikoniczne zdjęcie Richey'a Edwardsa
Iskrą, która odpaliła ten ładunek, była jedna, celnie rzucona uwaga. Lamacq podsumował Manic Street Preachers jako „czwórkę podziwiających bohaterów, próbujących naśladować swoje ulubione zespoły”. Dla Edwardsa była to obelga, która wymagała natychmiastowej, krwawej riposty. Steve Lamacq wspominał, że wszystko potoczyło się w mgnieniu oka. Nie próbował interweniować, zastanawiając się, czy gitarzysta w ogóle by sobie tego życzył. W surrealistycznej scenie, gdy krew zaczęła kapać na dywan, jedyną reakcją dziennikarza była pragmatyczna uwaga: „Lepiej zróbmy coś z tym... będziesz brudził ich dywan”.
Całej scenie z boku przyglądał się fotograf Ed Sirrs, którego aparat zamroził ten moment w kadrze, tworząc jedną z najbardziej ikonicznych i niepokojących fotografii w dziejach rocka. Zdjęcie rozpętało prawdziwą burzę w redakcji „New Musical Express”. Rozgorzała debata, czy jego publikacja nie sprowokuje fali naśladownictwa wśród wrażliwych fanów zespołu. Ostatecznie jednak fotografia trafiła na łamy prasy, a wytwórnia płytowa bez skrupułów użyła jej w amerykańskiej kampanii promocyjnej Manics. Akt autentycznego bólu został wchłonięty przez machinę marketingową i sprzedany jako bunt w czystej postaci.
Krwawy manifest Richey'a Edwardsa był tragiczną zapowiedzią. Co stało się z gitarzystą?
Paradoksalnie, to brutalne wydarzenie okazało się dla Walijczyków prawdziwym przełomem. Zaledwie tydzień później zespół podpisał tłusty kontrakt z wytwórnią Sony, a ich wizerunek jako grupy szczerej do bólu został scementowany na dobre. Legenda „4 REAL” zaczęła żyć własnym życiem, stając się częścią rockowego folkloru i inspirując fanki do rysowania sobie markerem podobnych haseł na koncertach. Co więcej, zespół sam podkręcił głośność tej mitologii, wydając nagranie z burzliwej dyskusji redakcyjnej NME jako stronę B jednego ze swoich singli.
Choć incydent w Norwich katapultował zespół na szczyt, był również tragicznym zwiastunem burzy, która ostatecznie pochłonęła Richey'a Edwardsa. Jego walka z demonami trwała przez kolejne lata, aż do feralnego 1 lutego 1995 roku. Tego dnia gitarzysta rozpłynął się w powietrzu, pozostawiając jedynie samochód na parkingu przy moście Severn, co zrodziło falę spekulacji o samobójstwie. Choć ciała nigdy nie odnaleziono, w 2008 roku został oficjalnie uznany za zmarłego. Krwawy manifest z Norwich stał się mrocznym proroctwem losu artysty, dla którego bycie „prawdziwym” okazało się brzemieniem nie do udźwignięcia.