Jak powstał rock gotycki? Jedno słowo w wywiadzie zmieniło wszystko
W historii rocka niewiele jest rewolucji, które odpalono z precyzją szwajcarskiego zegarka. Znacznie częściej to chaos, przypadek i seria szczęśliwych trafów rzucają iskrę, która podpala cały muzyczny świat. Tak właśnie było z rockiem gotyckim, którego fundamenty wylano nie w sterylnym studiu nagraniowym, a w oparach londyńskiego klubu i na łamach jednego, pozornie błahego, artykułu. Zanim czarne koronki, blada cera i mroczna poezja wbiły się na stałe do rockowego kanonu, wystarczyło jedno celne sformułowanie dziennikarza i hedonistyczna mekka w sercu Soho, by narodził się cały ruch. Oto opowieść o tym, jak potrzeba buntu i szczypta przypadku zdefiniowały brzmienie i styl na całe dekady.
Wszystko odpaliło się od jednego słowa. Jasne, termin „gotycki” krążył już w muzycznym eterze, pojawiając się tu i ówdzie, jak choćby w recenzjach Joy Division z 1980 roku. Jednak prawdziwym zapalnikiem okazał się artykuł Steve'a Keatona „The Face of Punk Gothique”, który huknął z łamów magazynu „Sounds” w lutym 1981 roku. Co najciekawsze, oliwy do ognia dolał sam frontman opisywanego zespołu, Steve „Abbo” Abbott z UK Decay. Po latach przyznał, że to on sam podsunął dziennikarzowi ten termin podczas wywiadu, rzucając bezceremonialnie: „to jest Gothic, Gothic Rock”. Ta jedna rozmowa, uwieczniona drukiem, stała się aktem chrztu dla czegoś, co do tej pory bulgotało jako bezimienny, post-punkowy ferment.
W The Batcave Bauhaus grali, a Peter Murphy rozwalał lustra na ścianach
Słowa potrzebowały sceny, by wybrzmieć z pełną mocą. Tą sceną stał się legendarny klub The Batcave, który otworzył swoje podwoje w lipcu 1982 roku za sprawą Olliego Wisdoma, wokalisty grupy Specimen. Choć na starcie impreza, odbywająca się co tydzień w Gargoyle Club, miała grać pod nutę new wave i glam rocka, szybko przeistoczyła się w epicentrum nowej, mrocznej sceny. Klub miał proste, ale żelazne zasady, które wybito na jego sztandarze: „No Funk and No Disco”. To była jawna kontra wobec mainstreamowych parkietów tamtych lat. I wbrew pozorom, nie było to miejsce spowite wyłącznie gotyckim smutkiem. Wręcz przeciwnie, tętniło energią i czarnym humorem, co świetnie podsumował David J z Bauhaus, wspominając, że „było tam dużo śmiechu, to była zabawa, a nie ponure miejsce”.
To właśnie w dusznych murach The Batcave krystalizował się zarówno sound, jak i wizerunek całej subkultury. Za konsoletą stał rezydent DJ Hamish MacDonald z zespołu Sexbeat, który niczym alchemik stopniowo zmieniał proporcje, przesuwając muzyczny ciężar z punka i glamu w stronę brzmień definiujących rock gotycki. Scena ewoluowała tak dynamicznie, że, jak wspominał Nik Fiend z Alien Sex Fiend, gdy z głośników poleciał nagle utwór Sex Pistols, parkiet momentalnie opustoszał. To był czytelny sygnał, że publiczność pragnęła czegoś zupełnie nowego. Klub działał jak magnes na pionierów gatunku. Zespoły takie jak Bauhaus, które zaliczyły tam czterotygodniową rezydenturę, budowały legendę tego miejsca. Czasem, jak w przypadku Petera Murphy'ego, który podczas koncertu rozbił wszystkie lustra na ścianach, robili to w bardzo dosłowny i spektakularny sposób.
Pocałunek śmierci od turystów. Dlaczego The Batcave musiał upaść?
Zanim na dobre przyjęła się etykietka „goth”, scena skupiona wokół The Batcave zyskała chwilowy przydomek. W lutym 1983 roku to właśnie magazyn NME, w artykule „Punk Warriors”, ochrzcił ją mianem „pozytywnego punka”, próbując uchwycić nową energię kapel pokroju Bauhaus czy Theatre of Hate. Ta nazwa nie zagrzała jednak długo miejsca. Już w czerwcu tego samego roku legendarny radiowiec John Peel zauważył, że samo NME porzuciło ten termin na rzecz krótszego i znacznie bardziej chwytliwego „goth”. Wpływ klubu rósł w siłę, promieniując daleko poza Soho. Dowodem na to była kompilacja „The Batcave: Young Limbs And Numb Hymns”, która wbiła się na trzecie miejsce brytyjskiej listy niezależnych przebojów, a także jednorazowy desant imprezy za ocean, do nowojorskiego klubu Danceteria.
Niestety, jak to często w rock'n'rollu bywa, rosnąca popularność okazała się pocałunkiem śmierci. W latach 1984-1985 The Batcave z undergroundowej mekki przeistoczył się w atrakcję turystyczną. Tłumy zaczęły przychodzić, by pooglądać „dziwaków”, co skutecznie zabiło autentyczną, kreatywną atmosferę. Klub zaczął tracić swój pazur, a w połowie 1985 roku na dobre zamknął swoje podwoje. Mimo to jego dziedzictwo jest nie do przecenienia. I pomyśleć, że wystarczyło jedno celne słowo i miejsce bez funku i disco, by na zawsze zmienić oblicze mrocznej strony rocka.