Gotówka w kieszeni, paszport w domu. Jakie ślady zostawił Richey Edwards przed zniknięciem?
Rankiem 1 lutego 1995 roku ciszę na brytyjskiej scenie muzycznej brutalnie przerwał news, który zapoczątkował jedną z największych i najmroczniejszych zagadek w historii rocka. Richey Edwards, gitarzysta rytmiczny i liryczne sumienie Manic Street Preachers, zniknął bez śladu w wieku zaledwie 27 lat. Jego Vauxhall Cavalier, odnaleziony dwa tygodnie później na parkingu przy moście Severn, miejscu o wyjątkowo ponurej sławie, tylko dolał oliwy do ognia. Mimo że w 2008 roku muzyka oficjalnie uznano za zmarłego, brak ciała i nieustające spekulacje sprawiają, że jego legenda od ponad trzydziestu lat nie daje spokoju fanom i badaczom jego historii.
Ostatnie tygodnie przed zniknięciem to gotowy scenariusz mrocznego thrillera. Edwards metodycznie, dzień po dniu, wypłacał ze swojego konta 200 funtów, gromadząc ostatecznie 2800 funtów w gotówce. W dniu zaginięcia wymeldował się z londyńskiego Embassy Hotel, ale w pokoju zostawił spakowany bagaż, przybory toaletowe i część leków na depresję. W swoim mieszkaniu w Cardiff czekał nietknięty paszport. Noc wcześniej podarował przyjaciółce książkę „Novel with Cocaine”, sugerując, by przeczytała wstęp. Opisywał on autora, który znika po pobycie w zakładzie dla obłąkanych, co wielu uznało za symboliczne, niemal literackie pożegnanie.
Pisał teksty, które ratowały fanów. Dlaczego Richey Edwards wyciął sobie na ręce "4 Real"?
Chociaż jego gitara stanowiła raczej rytmiczny fundament niż pierwszy plan, to właśnie Richey Edwards był bijącym sercem i intelektualną siłą Manic Street Preachers. Spod jego pióra wyszło blisko 80% mrocznych, poetyckich i naładowanych politycznym gniewem tekstów na przełomowym albumie „The Holy Bible”. Jego twórczość była nierozerwalnie spleciona z osobistymi demonami: potężną depresją, anoreksją, alkoholizmem i skłonnością do samookaleczeń. Z brutalną szczerością i pokorą stał się jedną z pierwszych osób publicznych, które mówiły o tych problemach na głos, dając wsparcie całemu pokoleniu młodych ludzi walczących w ciszy.
Najmocniejszym, niemal krwawym dowodem jego bezkompromisowości stał się incydent z 1991 roku. Podczas wywiadu z dziennikarzem NME, Steve'em Lamacqiem, który poddał w wątpliwość autentyczność zespołu, Edwards bez słowa wyjął brzytwę i wyciął sobie na przedramieniu napis „4 Real”. Ten wstrząsający akt, który skończył się założeniem osiemnastu szwów, na zawsze zapisał się w annałach rocka. Był to nie tylko desperacki gest artystyczny, ale także bolesny dowód na to, jak cienka była granica oddzielająca jego sztukę od autodestrukcji.
Manic Street Preachers wciąż płacą mu tantiemy. Czy Richey Edwards upozorował swoją śmierć?
Oficjalna narracja o samobójstwie nigdy w pełni nie przekonała fanów. Przez lata podważały ją liczne teorie i doniesienia o rzekomych obserwacjach Edwardsa w najdalszych zakątkach globu, od Goa w Indiach po Wyspy Kanaryjskie. Wątpliwości wzbudziło również samo śledztwo, zdaniem wielu prowadzone nieudolnie. Prawdziwy przełom nadszedł w 2018 roku, gdy autorzy książki „Withdrawn Traces” odkryli dowód, który wywrócił dotychczasowe ustalenia do góry nogami. Okazało się, że paragon za przejazd przez most Severn wydrukowano o 2:55 w nocy, a nie, jak latami sądzono, po południu.
Po tym ciosie pozostali członkowie Manic Street Preachers nie rzucili ręcznika. Kontynuowali działalność jako trio, wbijając się na szczyty list przebojów z albumem „Everything Must Go”. Nigdy jednak nie zapomnieli o swoim przyjacielu, przez lata przelewając 25% tantiem na jego konto. W 2009 roku, już po prawnym uznaniu go za zmarłego, wydali płytę „Journal for Plague Lovers”, zbudowaną wyłącznie na tekstach, które Richey zostawił tuż przed zniknięciem. Był to poruszający hołd i trwały dowód na to, jak potężny wpływ wywarł na tożsamość zespołu. Jego postać, choć tragiczna, stała się symbolem absolutnej artystycznej integralności. Puste miejsce na scenie przypomina, że niektóre legendy rocka, zamiast się wypalić, po prostu znikają w mroku, zostawiając po sobie wiecznie żywe echo.