Osiem sekund taśmy, które zmieniły rocka. Na czym polegał fenomen Mellotronu?
Zanim cyfrowe sample zdominowały studia nagraniowe, rockmani marzący o orkiestrowym rozmachu mieli w arsenale prawdziwą mechaniczną bestię. Mowa o Mellotronie, elektromechanicznym cudzie opracowanym w 1963 roku, który upchnął brzmienie smyczków, fletów i chórów w jednej drewnianej obudowie. To on stał się sonicznym kręgosłupem psychodelii i rocka progresywnego. Jego ciepłe, lekko chwiejne dźwięki zdefiniowały klimat takich kamieni milowych jak „Strawberry Fields Forever” The Beatles czy całego debiutanckiego albumu King Crimson. Mellotron nie był po prostu kolejnym syntezatorem; to on wręczył artystom pędzel do malowania dźwiękowych pejzaży, które na zawsze przemeblowały świat muzyki gitarowej.
Cała magia tej maszyny tkwiła w jej piekielnie skomplikowanej, analogowej naturze. Pod każdym z 35 klawiszy drzemał osobny, niemal dwumetrowy pasek taśmy magnetycznej z nagranym dźwiękiem instrumentu. Muśnięcie klawisza rozpętywało całą mechaniczną burzę, odtwarzając dźwięk przez zaledwie osiem sekund, po czym sprężyna gwałtownie cofała taśmę na swoje miejsce. To techniczne ograniczenie zmusiło muzyków do wypracowania specyficznego, „pająkowatego” stylu gry. Polegał on na błyskawicznym zmienianiu akordów, aby uniknąć momentu niezręcznej ciszy. Jak wspominał to Rick Wakeman z Yes, gra na Mellotronie wymagała płynnego ślizgania się po klawiaturze, co samo w sobie stało się nieodłączną częścią jego legendarnego brzmienia.
The Beatles otworzyli mu drzwi. King Crimson uczynił z Mellotronu swoją broń
Choć to Graham Bond jako pierwszy zaprzągł Mellotron do rockowej machiny już w 1965 roku, to dopiero The Beatles otworzyli mu na oścież bramy do światowej sławy. Podczas legendarnych sesji do „Strawberry Fields Forever” Paul McCartney odkrył, że flety z Mellotronu wręcz idealnie stapiają się z wokalem Johna Lennona. Tak narodziło się jedno z najbardziej ikonicznych intro w historii muzyki. To był ten moment, w którym instrument przestał być jedynie technologiczną ciekawostką, a stał się pełnoprawnym narzędziem do malowania nieziemskich, psychodelicznych nastrojów, które zawładnęły drugą połową lat 60.
Chwilę później Mellotron stał się kamieniem węgielnym dla raczkującego rocka progresywnego, a jego potęgę w pełni uwolnił Ian McDonald z King Crimson. Na debiutanckim albumie „In the Court of the Crimson King” z 1969 roku spędził w studiu niezliczone godziny, misternie tkając kolejne warstwy mellotronowych dźwięków. Chciał w ten sposób osiągnąć monumentalne i niemal przytłaczające brzmienie orkiestry. Idąc tym tropem, Tony Banks z Genesis uczynił Mellotron kluczowym elementem wczesnego arsenału zespołu, co potężnie wybrzmiewa na płycie „Nursery Cryme”. Banks posunął się nawet o krok dalej, opracowując własny patent polegający na ustawianiu pokrętła wyboru między dwiema ścieżkami, aby uzyskać unikalne, „tłuste” brzmienie, które stało się jego wizytówką.
Ważył 55 kilo i ciągle się psuł. Dlaczego wady Mellotronu stały się jego zaletą?
Mellotron był maszyną równie genialną, co kapryśną, a jego mechaniczna natura była źródłem siwych włosów u klawiszowców, ale i swojego unikalnego charakteru. Niewielkie wahania w prędkości taśmy, znane w branży jako „wow” i „flutter”, powodowały delikatne, hipnotyzujące falowanie dźwięku. Okazało się, że te techniczne usterki, które z inżynierskiego punktu widzenia były wadami, stały się jego największym atutem. Nadawały brzmieniu organiczną, niemal ludzką jakość, która odróżnia go od sterylnych cyfrowych sampli i do dziś podsyca dyskusję, czy ten sound w ogóle da się podrobić.
Dziedzictwo Mellotronu sięga jednak znacznie głębiej niż jego specyfikacja techniczna. To był instrument, który rzucał wyzwanie. Najpopularniejszy model M400 ważył słuszne 55 kilogramów, bywał nieprzewidywalny i wymagał anielskiej cierpliwości. Mimo to jego magiczna zdolność do tkania gęstych, eterycznych pejzaży dźwiękowych uczyniła z niego nieśmiertelny głos całej rockowej epoki. Charakterystyczny, nasycony dźwięk taśmy magnetycznej, z jej wszystkimi subtelnymi niedoskonałościami, na stałe wpisał się w DNA psychodelii. To dowód na to, że prawdziwa sztuka rodzi się czasem z walki z ograniczeniami, a w rock'n'rollu największą sztuką jest okiełznanie bestii.