Rick Allen stracił rękę w wypadku. Jego pierwsze słowa brzmiały jak wyrok
Rock'n'rollowe annały pękają w szwach od opowieści o upadkach i powrotach, ale niewiele z nich mrozi krew w żyłach tak, jak historia perkusisty Def Leppard. Sylwestrowa noc 1984 roku. Młody, zaledwie 21-letni Rick Allen za sterami swojego Corvette Stingraya pruje drogą A57 pod Sheffield. Chwila brawury, drogowa prowokacja i ostry zakręt, który okazał się pułapką. Potężna maszyna wypada z drogi i wbija się w kamienny mur. Siła uderzenia była tak ogromna, że Allen, zdradzony przez pasy bezpieczeństwa, wylatuje z samochodu. Diagnoza jest brutalna, jego lewa ręka, narzędzie pracy każdego perkusisty, zostaje dosłownie odcięta od ciała. Jego pierwsze słowa, rzucone w stronę przyjaciółki, brzmią jak wyrok: „Boże, nigdy już nie będę grał na perkusji!”.
Walka o przyszłość rozpoczęła się na szpitalnym stole w Royal Hallamshire, gdzie chirurdzy przez cztery godziny próbowali dokonać cudu i reimplantować rękę. Niestety, w ranę wdarła się zdradziecka infekcja, która doprowadziła do gangreny. 4 stycznia 1985 roku, by ratować życie muzyka, lekarze podjęli jedyną słuszną, choć druzgocącą decyzję o amputacji. Choć prognozy wieszczyły pół roku w szpitalu, rockowy duch Allena okazał się silniejszy i już po sześciu tygodniach opuścił jego mury. W tym całym dramacie znalazł się jednak promyk nadziei. Pierwszą osobą na miejscu wypadku była położna, która przytomnie zabezpieczyła odciętą kończynę w lodzie przygotowanym na noworoczną imprezę.
Jak lewa noga zastąpiła utraconą rękę? Rewolucyjny zestaw perkusyjny Ricka Allena
Świat muzyczny wstrzymał oddech. Wielu skreśliło Allena, a złośliwe języki syczały w kierunku zespołu: „Naprawdę pozwolicie, by ten freak show grał z wami na scenie?”. Ale Def Leppard pokazali, co znaczy prawdziwe braterstwo. Jednomyślnie postanowili, że na swojego człowieka za bębnami poczekają, nie szukając żadnego zastępstwa. To była ich wspólna bitwa. Na scenę wkroczył wtedy prawdziwy wizjoner, producent Robert „Mutt” Lange. Odwiedził Allena w szpitalu i zamiast składać kondolencje, rzucił wyzwanie, kierując jego myśli na nowe tory. A co, jeśli technologia mogłaby stworzyć zupełnie nowy instrument?
Ten szalony pomysł przerodził się w rewolucyjny projekt. We współpracy z inżynierem Pete’em Harleyem, Allen rzucił się w wir pracy nad customowym zestawem perkusyjnym Simmonsa. Elektroniczne pady i sieć specjalnie zaprojektowanych pedałów miały sprawić, że jego lewa noga przejęła zadania utraconej ręki, stając się nowym, potężnym narzędziem rytmu. Jego determinacja była wręcz nieludzka. Jeszcze w szpitalu, u stóp łóżka, wystukiwał pierwsze rytmy na zwykłym kawałku pianki. Wielki test nadszedł 22 lutego 1985 roku w studiu w Holandii. Po trzech tygodniach samotnej walki z nowym instrumentem, Allen zasiadł za sterami swojego wehikułu i odpalił intro do „When The Levee Breaks” Led Zeppelin. Dla reszty zespołu ten moment był niczym uderzenie pioruna, emocje rozsadzały ściany studia.
70 tysięcy fanów i morze łez. Wielki powrót Ricka Allena na scenę!
Zanim jednak Allen miał na nowo stanąć w świetle reflektorów, zespół postanowił rozgrzać silniki. Latem 1986 roku w Irlandii zagrali serię próbnych koncertów, by oswoić publiczność i samych siebie z nową sytuacją. Początkowo na scenie asekurował go Jeff Rich ze Status Quo, ale szybko okazało się, że to wsparcie jest zbędne. Jednoręki Bóg Gromu, jak zaczęto go nazywać, w pełni panował nad swoim rytmicznym królestwem. Oficjalny, wielki powrót nastąpił 16 sierpnia 1986 roku na legendarnej scenie festiwalu Monsters of Rock w Castle Donington. Gdy Joe Elliott zapowiedział go 70-tysięcznej armii fanów, z gardeł tłumu wyrwał się ryk tak potężny, że wstrząsnął całym zamkiem. Poruszony do głębi Allen zalał się łzami, a nerwy, jak sam przyznał, koił razem z wokalistą butelką whisky.
Ten heroiczny powrót nie był jednak tylko pięknym symbolem. To był kamień węgielny, na którym Def Leppard zbudowali swoje imperium. Wydany rok później album „Hysteria” dosłownie eksplodował na listach przebojów, zgarniając diamentowy status w USA i rozchodząc się w ponad 20 milionach egzemplarzy na całym świecie. To z tego krążka pochodzą nieśmiertelne armaty pokroju „Pour Some Sugar on Me” czy „Love Bites”. Rick Allen nie tylko odzyskał swoje życie i karierę, ale wyniósł zespół na sam szczyt rockowego Olimpu.
Zmienił tragedię w siłę. Co dziś robi jednoręki Bóg Gromu?
Tragedia sprzed lat paradoksalnie stała się jego siłą napędową. Dziś Rick Allen wciąż zasiada za swoim hybrydowym, akustyczno-elektronicznym monstrum, grając boso, by jeszcze lepiej czuć puls maszyny. W 2019 roku jego legenda została uwieczniona wprowadzeniem Def Leppard do Rock and Roll Hall of Fame. Co więcej, własne piekło przekuł w pomoc innym, zakładając z żoną fundację Raven Drum Foundation, która wspiera weteranów wojennych i osoby w kryzysie. Jego historia to ostateczny dowód, że prawdziwy rockowy duch jest nie do zdarcia. Bo w rock'n'rollu nie chodzi o to, ile razy upadniesz, ale o to, z jakim hukiem wrócisz na scenę.