Potrzebowałeś czterech odtwarzaczy, by go usłyszeć. Oto historia "Zaireeka", najbardziej szalonego albumu The Flaming Lips

2026-01-25 18:19

Niektóre albumy rockowe przesuwają granice dźwięku, ale tylko nieliczne wymagają od słuchacza szaleństwa. Wydany na czterech płytach album 'Zaireeka' od The Flaming Lips był eksperymentem zmuszającym do użycia kilku odtwarzaczy. Za tym pomysłem kryje się jednak historia tragedii i studyjnego piekła, które prawie zniszczyło zespół.

Zaireeka The Flaming Lips

i

Autor: Materiały prasowe/ Materiały prasowe

Potrzebujesz 4 odtwarzaczy CD by posłuchać tego albumu The Flaming Lips!

Są takie płyty, które rozsadzają głośniki. A jest i taka, która wymagała rozsadzenia samego formatu albumu. Dokładnie taką dźwiękową rewolucję zgotowali światu muzycy z The Flaming Lips, gdy 28 października 1997 roku wypuścili „Zaireeka”, dzieło absolutnie szalone. Mówimy tu o czterech płytach CD, które zaprojektowano tak, by grały jednocześnie na czterech różnych odtwarzaczach. Ten karkołomny pomysł miał stworzyć unikalne, przestrzenne doświadczenie, w którym muzyczne puzzle łączą się w spójną lub celowo chaotyczną całość. Już sam tytuł, będący zbitką słów „Zair”, symbolizującego chaos, i „Eureka”, czyli okrzyku odkrycia, idealnie oddaje naturę tego artystycznego zamachu na konwencję. To album, który na zawsze zmienił postrzeganie słuchania muzyki jako czynności społecznej.

Krążek narodził się w momencie dla zespołu niezwykle trudnym, tuż po tym, jak szeregi grupy opuścił gitarzysta Ronald Jones. „Zaireeka” była więc odważnym skokiem na głęboką wodę i swoistym poligonem doświadczalnym przed nagraniem przełomowego „The Soft Bulletin” z 1999 roku. Zapowiadała nowy, znacznie bardziej złożony kierunek w ich twórczości. Każdy z ośmiu utworów na albumie został rozbity na cztery stereofoniczne części, po jednej na każdym z dysków. Choć tracklisty na wszystkich płytach wyglądają identycznie, to ich muzyczna zawartość jest zupełnie inna. Dopiero po zsynchronizowaniu wszystkich czterech elementów wyłania się pełny, psychodeliczny obraz kompozycji.

Muzyka rockowa lat 70-tych - zagranica

Jak parkingowe symfonie The Flaming Lips doprowadziły do piekła w studiu?

Pomysł na tak niekonwencjonalną formę wydawnictwa nie wziął się z próżni. Był on bezpośrednią ewolucją wcześniejszych działań zespołu, które przeszły do historii jako „Parking Lot Experiments”. Podczas tych happeningów odtwarzano różne fragmenty muzyki jednocześnie z kilkudziesięciu samochodowych radioodtwarzaczy, tworząc w ten sposób prawdziwą symfonię na parkingu. Lider grupy, Wayne Coyne, w przypływie artystycznego szaleństwa marzył nawet o wydaniu albumu składającego się ze stu płyt CD. Na szczęście dał się przekonać do zredukowania tej liczby do znacznie bardziej realistycznych czterech. Ta sama idea napędzała późniejsze „The Boom Box Experiments”, gdzie fani pod batutą muzyków sami kontrolowali głośność magnetofonów, stając się częścią żywego, pulsującego miksu.

Sesja nagraniowa w Tarbox Road Studios w kwietniu 1997 roku była równie nieprzewidywalna, co sama koncepcja albumu. Producent Dave Fridmann musiał zainstalować w studiu cztery zestawy głośników i cztery maszyny DAT, by umożliwić jednoczesne rejestrowanie materiału. Atmosferę dodatkowo zagęściły osobiste problemy, które spadły na zespół jak grom z jasnego nieba. Basista Michael Ivins uległ poważnemu wypadkowi samochodowemu, a multiinstrumentalista Steven Drozd doznał groźnej infekcji ręki. Początkowo tłumaczył ją ugryzieniem pająka, by po latach przyznać, że była to konsekwencja zażywania heroiny. W obliczu narastającego kryzysu to właśnie okrzyk Coyne'a, „Nie musimy być przyjaciółmi... ale musimy wydać ten album!”, stał się mantrą, która pomogła zespołowi przetrwać ten trudny czas i dokończyć pracę.

Dlaczego Pitchfork dał „Zaireeka” ocenę 0.0/10 i potem tego żałował?

Wytwórnia Warner Bros. Records początkowo podchodziła do projektu z ogromnym sceptycyzmem, wietrząc w nim raczej komercyjne samobójstwo niż artystyczny przełom. Dopiero interwencja menedżera Scotta Bookera otworzyła drogę do wydania. Przekonał on decydentów, że album nie będzie wliczał się do kontraktu opiewającego na siedem płyt. Zespół poszedł na całość i zgodził się wyprodukować zarówno „Zaireeka”, jak i „The Soft Bulletin” za zaliczkę w wysokości 200 tysięcy dolarów, która standardowo przeznaczona była na jeden album. O nietypowym charakterze płyty świadczyło również ostrzeżenie na okładce, informujące o częstotliwościach mogących wywoływać u słuchaczy nieprzyjemne doznania. Było to zgrabne nawiązanie do miejskiej legendy wokół utworu „How Will We Know? (Futuristic Crashendos)”.

Krytyczny odbiór albumu był równie ekstremalny co jego forma. Wpływowy serwis Pitchfork w pierwotnej recenzji zaserwował płycie ocenę 0.0/10, ironicznie pytając, czy słuchacz woli kupić trzy dodatkowe odtwarzacze CD, czy po prostu coś zjeść. Jednak po latach redaktor naczelny tego samego portalu, Mark Richardson, publicznie odwołał tę recenzencką egzekucję. Nazwał „Zaireeka” jednym z najważniejszych albumów wszech czasów i poświęcił mu książkę w prestiżowej serii 33 1/3. Mimo upływu lat, dziedzictwo albumu wciąż potężnie rezonuje. W 2013 roku doczekał się on winylowej reedycji, a zaledwie dwa lata temu, w 2024 roku, w San Francisco zorganizowano specjalny odsłuch, podczas którego materiał z czterech płyt zmiksowano na 32 kanały. To ostateczny dowód, że „Zaireeka” nie była jednorazowym wybrykiem, a pionierskim dziełem, które na zawsze poszerzyło granice tego, czym może być muzyka. Bo prawdziwy rock'n'roll nie pyta „czy można?”, tylko podkręca głośność do jedenastu.