Peter Gabriel pierwszy użył tego brzmienia. Jak Phil Collins zrobił z niego ikonę?
Potężny, wybuchowy, a jednocześnie brutalnie ucięty. Taki właśnie był dźwięk perkusji, który stał się ścieżką dźwiękową lat osiemdziesiątych. To charakterystyczne brzmienie, znane jako „gated reverb”, nie było wynikiem długich poszukiwań i studyjnych eksperymentów, lecz owocem szczęśliwego zbiegu okoliczności, który na zawsze zmienił zasady gry w produkcji muzycznej. Iskra zapalna pojawiła się w 1979 roku, gdy inżynier dźwięku Hugh Padgham podczas sesji Phila Collinsa przypadkowo aktywował mikrofon komunikacyjny. Dźwięk, który eksplodował w głośnikach, okazał się fundamentem dla takich tytanów jak „In the Air Tonight” Collinsa czy „Born in the USA” Springsteena, stając się sonicznym podpisem całej epoki w muzyce. Cała magia wydarzyła się w londyńskim Townhouse Studios podczas nagrań trzeciego albumu Petera Gabriela. Sercem studia była nowoczesna konsola Solid State Logic 4000, wyposażona w obwód mikrofonu talkback z potężnym kompresorem i bramką szumową. Gdy Phil Collins zaczął grać na bębnach bez talerzy, a Padgham nieopatrznie włączył ten kanał, efekt był elektryzujący. Agresywna kompresja i bramka szumowa, połączone z naturalnym pogłosem pomieszczenia, stworzyły brzmienie o ogromnej mocy, które było jednocześnie krótkie i doskonale kontrolowane. Sam Padgham opisał to jako moment, w którym „najbardziej niewiarygodny dźwięk wydobył się z głośników”, a cała ekipa w reżyserce zamarła z wrażenia.
Jak jeden przycisk dał to samo brzmienie Bowiemu, Dire Straits i Lorde?
Peter Gabriel, artysta o niezwykłej intuicji, natychmiast wyczuł w tym dźwięku rewolucyjny potencjał. Był nim tak zafascynowany, że postanowił zbudować cały utwór wokół tego nowego, potężnego brzmienia. Poprosił Collinsa o zdjęcie talerzy z zestawu, co pozwoliło na jeszcze bliższe omikrofonowanie i podkręcenie efektu do jedenastu. W ten sposób narodził się utwór „Intruder”, który trafił na album Gabriela wydany 23 maja 1980 roku i stał się pierwszym komercyjnym strzałem oddanym z tej nowej, dźwiękowej broni. Co ciekawe, Hugh Padgham musiał wcielić się w rolę hakera i zmodyfikować okablowanie konsoli, ponieważ fabrycznie mikrofon talkback nie był podłączony do ścieżek nagrywających. Ta studyjna chemia między Collinsem a Padghamem musiała zaowocować czymś więcej. Krótko po sesji z Gabrielem obaj panowie ponownie zamknęli się w studiu, aby pracować nad debiutanckim solowym albumem perkusisty, „Face Value”. To właśnie tam wypolerowali ten dźwiękowy diament do perfekcji, uwieczniając go w monumentalnym utworze „In the Air Tonight”. Wydany w styczniu 1981 roku singiel stał się globalnym hitem i na stałe wbił brzmienie gated reverb do mainstreamowego DNA. Paradoksalnie, piosenka początkowo opierała się głównie na automacie perkusyjnym. Ikoniczne wejście bębnów dodano dopiero po sugestii szefa Atlantic Records, Ahmeta Erteguna, który obawiał się, że bez tego rytmicznego uderzenia publiczność nie załapie, o co w tym wszystkim chodzi.
Po spektakularnym sukcesie Collinsa, brzmienie gated reverb rozprzestrzeniło się w świecie muzyki niczym wirus. Prawdziwą rewolucję przyniosło jednak wprowadzenie w 1982 roku cyfrowej jednostki pogłosowej AMS RMX16. To niepozorne urządzenie zawierało preset „Non Lin 2”, który idealnie emulował efekt uzyskany w Townhouse Studios, otwierając soniczną puszkę Pandory. Od tego momentu praktycznie każdy mógł brzmieć jak Phil Collins, a charakterystyczny werbel przesiąkł największe hity dekady, od „Let's Dance” Davida Bowiego, przez „Money for Nothing” Dire Straits, po „Don't You (Forget About Me)” Simple Minds. Oczywiście, trwają spory, kto jako pierwszy maczał palce w podobnych efektach, czy był to Steve Lillywhite z Siouxsie and the Banshees w 1978 roku, czy Tony Visconti na albumie „Low” Bowiego. Jednak to właśnie ta jedna, przypadkowa sesja Gabriela z 1979 roku jest uznawana za oficjalny akt urodzenia brzmienia, które wstrząsnęło posadami list przebojów. W latach 90. jego popularność przygasła, ustępując miejsca grunge'owej surowiźnie, ale w muzyce trendy wracają niczym bumerang. Od około 2010 roku artyści tacy jak Lorde czy Haim znowu chętnie sięgają po ten studyjny błąd, który zdefiniował całą dekadę. To najlepszy dowód na to, że czasem największe rewolucje rodzą się z jednego, wciśniętego przez pomyłkę guzika.