Bolesław Gers i dramatyczny wybór polskiego oficera
Janick Robert Gers urodził się 27 stycznia 1957 roku w Hartlepool, ale jego nazwisko i życiowa postawa mają źródło w wydarzeniach, które rozegrały się lata wcześniej nad Bałtykiem. Jego ojciec, Bolesław Gers, był oficerem polskiej Marynarki Wojennej. Po wybuchu II wojny światowej i kampanii wrześniowej polskie okręty ewakuowały się do Wielkiej Brytanii, aby kontynuować walkę u boku Royal Navy. Bolesław służył na morzu przez cały okres trwania konfliktu, ryzykując życie w operacjach alianckich. Gdy wojna się skończyła, stanął przed wyborem, który zdefiniował losy całej jego przyszłej rodziny.
Powrót do Polski w 1945 roku był dla oficerów walczących na Zachodzie skrajnie niebezpieczny. W kraju rządzili już komuniści, a ludzie tacy jak Bolesław byli traktowani z ogromną nieufnością, co często kończyło się oskarżeniami o szpiegostwo, więzieniem, a nawet wyrokami śmierci. Ojciec Janicka zdecydował się więc zostać na emigracji. Wstąpił do Polskiego Korpusu Przysposobienia i Rozmieszczenia, a ostatecznie osiadł w portowym mieście Hartlepool. Tam ożenił się z Angielką i podjął ciężką fizyczną pracę w stoczni, zamieniając oficerski mundur na roboczy kombinezon.
Surowe wychowanie i etos pracy w robotniczym Hartlepool
Dorastanie w przemysłowym mieście na północy Anglii w latach 60. i 70. nie było sielanką. Hartlepool było twardym, robotniczym miejscem, gdzie szacunek zdobywało się konkretnym działaniem, a nie gadaniem. Janick wielokrotnie wspominał w wywiadach, że ojciec zaszczepił w nim wojskową dyscyplinę i absolutny brak tolerancji dla lenistwa. W domu Gersów panowała zasada, że nic nie jest dane na zawsze, a na każdy sukces trzeba sobie rzetelnie zapracować. To właśnie ta determinacja sprawiła, że młody chłopak z portowej dzielnicy uwierzył, że może zostać gwiazdą rocka, o ile poświęci na to odpowiednio dużo energii.
Najlepszym dowodem na to podejście jest historia jego pierwszej profesjonalnej gitary. Janick nie dostał instrumentu w prezencie od rodziców. Jako nastolatek podejmował się różnych prac dorywczych, aby uzbierać pieniądze na wymarzonego czarnego Fendera Stratocastera. Ten konkretny egzemplarz z początku lat 70. towarzyszy mu na scenie do dziś. Fakt, że musiał na niego zapracować własnymi rękami, sprawił, że muzyk ma do tego instrumentu niemal nabożny stosunek. Mimo ogromnego majątku i statusu gwiazdy, Janick nigdy nie stał się kolekcjonerem drogich gadżetów, pozostając wierny sprzętowi, który symbolizuje jego robotnicze korzenie.
Polska tożsamość i wyjątkowa więź z polskimi fanami
Imię Janick nie jest przypadkowe. Choć muzyk urodził się w Anglii, jego imię to zanglizowana forma polskiego "Janka". Był to ukłon matki w stronę pochodzenia ojca, mający jednocześnie ułatwić chłopcu życie w brytyjskim społeczeństwie. Choć Gers nie mówi płynnie po polsku, zna podstawowe zwroty i zawsze podkreśla, skąd wywodzi się jego rodzina. Podczas koncertów Iron Maiden w Polsce, wokalista Bruce Dickinson często przypomina tłumom o korzeniach kolegi z zespołu, co za każdym razem wywołuje ogromną wrzawę na stadionach.
Koncerty w Polsce zawsze mają dla mnie szczególny wymiar, bo czuję tu ducha mojego ojca – stwierdził Janick Gers w trakcie rozmowy z polskimi mediami.
Wizyty w ojczyźnie ojca po 1989 roku były dla niego rodzajem symbolicznego powrotu do korzeni. Choć Janick zadebiutował w Polsce z Iron Maiden dopiero w 1995 roku podczas trasy promującej album "The X Factor", każda kolejna wizyta w Warszawie, Wrocławiu czy Krakowie jest dla niego emocjonalnym wydarzeniem. Muzyk przyznaje, że polska krew daje o sobie znać w jego temperamencie i nieustępliwości.
Wojenna historia ojca a muzyka Iron Maiden
Wpływ Bolesława Gersa na twórczość syna najwyraźniej widać na albumie "A Matter of Life and Death" z 2006 roku. Płyta ta jest niemal w całości poświęcona tematyce wojny, poświęcenia i losów żołnierzy. Janick miał ogromny udział w komponowaniu utworów takich jak "These Colours Don't Run" czy "The Legacy". Pisząc te linie melodyczne, czerpał z opowieści, które słyszał w domu jako dziecko. Historia ojca, który musiał uciekać z kraju i walczyć na obcych morzach, nadała tym utworom autentyczności, której nie da się wypracować jedynie czytając książki historyczne.
Skromność chłopaka z portowej dzielnicy
Mimo ogromnej popularności i grania na największych stadionach świata, Janick Gers uchodzi za jednego z najskromniejszych i najbardziej bezpośrednich muzyków w branży. Członkowie ekipy technicznej często podkreślają, że Janick całkowicie pozbawiony jest tak zwanej "sodówki". On sam tłumaczy to prostym wychowaniem. Zamiast skupiać się na wizerunku wielkiej gwiazdy, woli wkładać całą energię w żywiołowe występy. Jego specyficzny styl bycia na scenie – wymachy gitarą, szpagaty i ciągły ruch – to według niego czyste emocje i "punkowa" energia, którą wyniósł z surowych ulic Hartlepool, a nie ze szkół muzycznych.