Polskie korzenie Janicka Gersa. Jak wojenna historia ojca ukształtowała gwiazdę Iron Maiden

Janick Gers od ponad 30 lat jest jednym z filarów legendarnej grupy Iron Maiden, ale jego droga na szczyt zaczęła się od trudnych doświadczeń ojca, polskiego oficera marynarki. Bolesław Gers po zakończeniu II wojny światowej nie mógł wrócić do ojczyzny i osiadł w robotniczym Hartlepool, gdzie wychował syna w duchu dyscypliny i ciężkiej pracy. To właśnie te wartości oraz silna tożsamość rodzinna pozwoliły muzykowi przetrwać w bezlitosnym świecie show-biznesu.

Muzycy Iron Maiden, Janick Gers z długimi blond włosami i skórzanej kamizelce z ćwiekami, grający na gitarze, oraz drugi, prawdopodobnie Dave Murray, w kamizelce w panterkę. Obraz oddaje energię koncertu zespołu, o którym więcej przeczytasz na naszym portalu.
Autor: Fernando Catalina Landa/ CC BY-SA 2.0
Muzyka rockowa lat 70-tych - zagranica

Bolesław Gers i dramatyczny wybór polskiego oficera

Janick Robert Gers urodził się 27 stycznia 1957 roku w Hartlepool, ale jego nazwisko i życiowa postawa mają źródło w wydarzeniach, które rozegrały się lata wcześniej nad Bałtykiem. Jego ojciec, Bolesław Gers, był oficerem polskiej Marynarki Wojennej. Po wybuchu II wojny światowej i kampanii wrześniowej polskie okręty ewakuowały się do Wielkiej Brytanii, aby kontynuować walkę u boku Royal Navy. Bolesław służył na morzu przez cały okres trwania konfliktu, ryzykując życie w operacjach alianckich. Gdy wojna się skończyła, stanął przed wyborem, który zdefiniował losy całej jego przyszłej rodziny.

Powrót do Polski w 1945 roku był dla oficerów walczących na Zachodzie skrajnie niebezpieczny. W kraju rządzili już komuniści, a ludzie tacy jak Bolesław byli traktowani z ogromną nieufnością, co często kończyło się oskarżeniami o szpiegostwo, więzieniem, a nawet wyrokami śmierci. Ojciec Janicka zdecydował się więc zostać na emigracji. Wstąpił do Polskiego Korpusu Przysposobienia i Rozmieszczenia, a ostatecznie osiadł w portowym mieście Hartlepool. Tam ożenił się z Angielką i podjął ciężką fizyczną pracę w stoczni, zamieniając oficerski mundur na roboczy kombinezon.

Surowe wychowanie i etos pracy w robotniczym Hartlepool

Dorastanie w przemysłowym mieście na północy Anglii w latach 60. i 70. nie było sielanką. Hartlepool było twardym, robotniczym miejscem, gdzie szacunek zdobywało się konkretnym działaniem, a nie gadaniem. Janick wielokrotnie wspominał w wywiadach, że ojciec zaszczepił w nim wojskową dyscyplinę i absolutny brak tolerancji dla lenistwa. W domu Gersów panowała zasada, że nic nie jest dane na zawsze, a na każdy sukces trzeba sobie rzetelnie zapracować. To właśnie ta determinacja sprawiła, że młody chłopak z portowej dzielnicy uwierzył, że może zostać gwiazdą rocka, o ile poświęci na to odpowiednio dużo energii.

Najlepszym dowodem na to podejście jest historia jego pierwszej profesjonalnej gitary. Janick nie dostał instrumentu w prezencie od rodziców. Jako nastolatek podejmował się różnych prac dorywczych, aby uzbierać pieniądze na wymarzonego czarnego Fendera Stratocastera. Ten konkretny egzemplarz z początku lat 70. towarzyszy mu na scenie do dziś. Fakt, że musiał na niego zapracować własnymi rękami, sprawił, że muzyk ma do tego instrumentu niemal nabożny stosunek. Mimo ogromnego majątku i statusu gwiazdy, Janick nigdy nie stał się kolekcjonerem drogich gadżetów, pozostając wierny sprzętowi, który symbolizuje jego robotnicze korzenie.

Polska tożsamość i wyjątkowa więź z polskimi fanami

Imię Janick nie jest przypadkowe. Choć muzyk urodził się w Anglii, jego imię to zanglizowana forma polskiego "Janka". Był to ukłon matki w stronę pochodzenia ojca, mający jednocześnie ułatwić chłopcu życie w brytyjskim społeczeństwie. Choć Gers nie mówi płynnie po polsku, zna podstawowe zwroty i zawsze podkreśla, skąd wywodzi się jego rodzina. Podczas koncertów Iron Maiden w Polsce, wokalista Bruce Dickinson często przypomina tłumom o korzeniach kolegi z zespołu, co za każdym razem wywołuje ogromną wrzawę na stadionach.

Koncerty w Polsce zawsze mają dla mnie szczególny wymiar, bo czuję tu ducha mojego ojca – stwierdził Janick Gers w trakcie rozmowy z polskimi mediami.

Wizyty w ojczyźnie ojca po 1989 roku były dla niego rodzajem symbolicznego powrotu do korzeni. Choć Janick zadebiutował w Polsce z Iron Maiden dopiero w 1995 roku podczas trasy promującej album "The X Factor", każda kolejna wizyta w Warszawie, Wrocławiu czy Krakowie jest dla niego emocjonalnym wydarzeniem. Muzyk przyznaje, że polska krew daje o sobie znać w jego temperamencie i nieustępliwości.

Wojenna historia ojca a muzyka Iron Maiden

Wpływ Bolesława Gersa na twórczość syna najwyraźniej widać na albumie "A Matter of Life and Death" z 2006 roku. Płyta ta jest niemal w całości poświęcona tematyce wojny, poświęcenia i losów żołnierzy. Janick miał ogromny udział w komponowaniu utworów takich jak "These Colours Don't Run" czy "The Legacy". Pisząc te linie melodyczne, czerpał z opowieści, które słyszał w domu jako dziecko. Historia ojca, który musiał uciekać z kraju i walczyć na obcych morzach, nadała tym utworom autentyczności, której nie da się wypracować jedynie czytając książki historyczne.

Skromność chłopaka z portowej dzielnicy

Mimo ogromnej popularności i grania na największych stadionach świata, Janick Gers uchodzi za jednego z najskromniejszych i najbardziej bezpośrednich muzyków w branży. Członkowie ekipy technicznej często podkreślają, że Janick całkowicie pozbawiony jest tak zwanej "sodówki". On sam tłumaczy to prostym wychowaniem. Zamiast skupiać się na wizerunku wielkiej gwiazdy, woli wkładać całą energię w żywiołowe występy. Jego specyficzny styl bycia na scenie – wymachy gitarą, szpagaty i ciągły ruch – to według niego czyste emocje i "punkowa" energia, którą wyniósł z surowych ulic Hartlepool, a nie ze szkół muzycznych.

Galeria: Oto najlepsze utwory Iron Maiden według użytkowników portalu "Rate Your Music"