W annałach rocka lata 70. zapisały się złotymi, choć często lepkimi od alkoholu, zgłoskami. Był to czas półbogów o długich włosach, którzy zstępowali na ziemię w kłębach dymu z suchym lodem, by ze sceny rzucać gromy riffów i solówek. Mitologia wymagała ofiar, a najczęściej padały nimi hotelowe pokoje, telewizory wyrzucane przez okna i butelki z szampanem rozbijane o ściany. Bycie gwiazdą rocka było performansem, który nie kończył się wraz z ostatnim bisem. Trwał całą dobę, napędzany paliwem z najdroższych trunków i przekonaniem, że świat należy do ciebie, a każda demolka to tylko kolejny wers w twojej legendzie.
W tym panteonie szaleństwa członkowie Genesis byli od początku kimś z innej bajki. Zamiast skórzanych spodni i nonszalancji nosili na scenie kostiumy kwiatów i lisów, a ich muzyka była bardziej teatralnym spektaklem niż prostackim hymnem do buntu. Kiedy w 1970 roku dołączył do nich młody perkusista Phil Collins, nie szukali kolejnego szaleńca w stylu Keitha Moona. Szukali kogoś „wrażliwego na muzykę akustyczną”. On sam, zanim dostał posadę, cierpliwie czekał na swoją kolej, pływając w basenie w domu rodziców Petera Gabriela i zapamiętując utwory, które grali kandydaci przed nim.
To nie był materiał na rockandrollowego degenerata. To był rzemieślnik. Człowiek, który wolał przygotować się do pracy, niż spalić za sobą mosty, meble i hotelowy dywan. Po latach, już jako globalna supergwiazda, podsumował to z typową dla siebie, nieco ironiczną rezygnacją.
Ten stereotypowy obraz gwiazdy rocka demolującej pokój hotelowy? Te czasy minęły, zanim jeszcze zacząłem grać w zespole na tyle dużym, by móc sobie na to pozwolić.
Te słowa to coś więcej niż anegdota. To swoiste epitafium dla pewnej epoki i jednocześnie akt założycielski nowej – epoki, której Phil Collins stał się niekwestionowanym królem.
Kiedy ballady o złamanym sercu zastąpiły demolowanie hoteli
Przełom nadszedł, gdy Peter Gabriel, charyzmatyczny frontman i wizjoner Genesis, opuścił zespół w 1975 roku. Grupa stanęła na krawędzi. Po setkach przesłuchań kandydatów na nowego wokalistę, członkowie zespołu ze zdumieniem odkryli, że najlepszy głos mają tuż za plecami, za potężnym zestawem perkusyjnym. Collins, dotąd głównie drugi głos i solidny fundament rytmiczny, niechętnie przejął mikrofon. Nie zrobił tego z żądzy sławy, ale z poczucia obowiązku, by ratować zespół. I ten właśnie pragmatyzm zdefiniował jego dalszą karierę. Nie pchał się na afisz – został na niego wypchnięty przez okoliczności.
Jego solowa kariera, która eksplodowała w latach 80., nie narodziła się z potrzeby podboju świata, ale z bólu po rozpadzie małżeństwa. Album „Face Value” z 1981 roku, z ikonicznym „In the Air Tonight” na czele, był publicznym praniem osobistych brudów, sesją terapeutyczną nagraną na taśmę. Collins nie śpiewał o groupies i niekończących się imprezach. Śpiewał o samotności, zdradzie i złamanym sercu. Okazało się, że miliony ludzi na całym świecie rezonowały z tym znacznie bardziej niż z opowieściami o niszczeniu mienia. Stworzył nowy archetyp gwiazdy rocka: faceta z sąsiedztwa, wrażliwego i odrobinę zagubionego, który swoje cierpienie potrafił ubrać w chwytliwą melodię.
Dlaczego Phil Collins stał się dyżurnym chłopcem do bicia?
Lata 80. należały do niego. Z Genesis i solowo zdominował listy przebojów w stopniu, jakiego świat nie widział. Jak podsumował jeden z krytyków, miał więcej hitów w amerykańskim Top 40 niż jakikolwiek inny artysta w tamtej dekadzie. Był wszędzie: w radiu, w MTV, na ścieżkach dźwiękowych do filmów. Jego twarz, coraz częściej zmęczona i naznaczona pracoholizmem, stała się symbolem epoki. Apogeum tej wszechobecności nastąpiło 13 lipca 1985 roku, podczas legendarnego koncertu Live Aid. Collins jako jedyny artysta wystąpił na dwóch kontynentach tego samego dnia – najpierw na londyńskim Wembley, a potem, po locie naddźwiękowym Concorde'em, na scenie w Filadelfii.
Ten wyczyn, zamiast ugruntować jego status herosa, stał się dla wielu symbolem wszystkiego, co w nim irytowało. Nie było w tym rockandrollowego chaosu, była perfekcyjna logistyka. Nie było buntu, była korporacyjna wydajność. Dla purystów rocka, wychowanych na micie nieprzewidywalnego geniuszu, Collins był zbyt normalny, zbyt profesjonalny, zbyt… popowy. Stał się uosobieniem „bezpiecznego” rocka dla dorosłych, muzyki do samochodu i supermarketu. Krytycy zarzucali mu banalność i schlebianie masowym gustom, a jego sukces traktowano niemal jak zbrodnię na autentyczności gatunku.
Bohater, na którego nie zasłużyliśmy, czy symbol końca pewnej ery?
Dziś, z perspektywy czasu, łatwiej docenić jego fenomen. Phil Collins nie zniszczył rocka. On po prostu pokazał jego nowe, bardziej ludzkie i komercyjnie skuteczne oblicze. Był lustrem, w którym odbijały się aspiracje i lęki klasy średniej lat 80. – dekady, która ceniła sukces i profesjonalizm znacznie wyżej niż artystyczne samobójstwo. Być może jego największą zbrodnią było to, że zamiast spłonąć w chwale jak bohaterowie poprzedniej generacji, on po prostu ciężko pracował, pisał kolejne przeboje i skrupulatnie budował swoją pozycję. Nie ma w jego biografii opowieści o zatopionych w basenie limuzynach. Są za to historie o wielogodzinnych sesjach w studiu, o produkowaniu płyt dla Erica Claptona czy Roberta Planta, o dyscyplinie i rzemieślniczej precyzji. Hotelowe pokoje, w których spał, prawdopodobnie zawsze zostawiał w nienagannym stanie. Zamiast je demolować, wolał napisać w nich kolejną balladę, która sprzeda się w milionach egzemplarzy. I może właśnie na tym polegał jego cichy, metodyczny bunt przeciwko mitologii, w której nigdy nie chciał brać udziału.