Miłość Siouxsie i Budgiego. Dała nam The Banshees i spaliła wszystko do cna
W rockowym panteonie jest kilka par, których historia to gotowy scenariusz na film. Niewiele z nich było jednak tak twórczych i zarazem toksycznych, jak ta, którą stworzyli Siouxsie Sioux i perkusista Budgie. Ich związek, trwający ponad ćwierć wieku, był artystycznym silnikiem napędzającym ewolucję Siouxsie and the Banshees. Jednocześnie okazał się trucizną, która doprowadziła do ostatecznego rozpadu zespołu w 1996 roku. Ta wybuchowa mieszanka, naznaczona kodależnością i alkoholizmem, stała się paradoksalnie źródłem mrocznej, eksperymentalnej estetyki grupy. Osobiste demony i nierozwiązane problemy tej dwójki wylewały się wprost na taśmę studyjną, rodząc muzykę równie intensywną i niestabilną, jak ich miłość.
Budgie dołącza do The Banshees. Romans z Siouxsie odmienił nawet mapę świata
Rok 1979. Siouxsie and the Banshees stoją na krawędzi, gdy w samym środku trasy koncertowej tracą gitarzystę i perkusistę. I wtedy, niczym deus ex machina, na scenę wkracza Peter Clarke, znany światu jako Budgie. Wstrzyknął on w brzmienie zespołu potężną dawkę nowej energii, która zdefiniowała przełomowy album „Kaleidoscope”. Siouxsie szybko dostrzegła w nim nie tylko genialnego muzyka, ale i pokrewną duszę, zmuszając go do porzucenia rockowych schematów na rzecz bardziej innowacyjnego, plemiennego pulsu. Iskry leciały nie tylko na scenie. Za kulisami trasy promującej kultowe „Juju” w 1981 roku, zawodowa relacja przerodziła się w płomienny, trzymany w sekrecie romans. Sytuację komplikował fakt, że wokalistka była wcześniej związana z basistą Stevenem Severinem, co stworzyło skomplikowaną sieć powiązań, która stała się paliwem dla ich mrocznej twórczości.
Gdy atmosfera w The Banshees gęstniała, Siouxsie i Budgie potrzebowali artystycznego zaworu bezpieczeństwa. Tak w 1981 roku narodził się projekt The Creatures. Na początku był to surowy eksperyment, oparty jedynie na hipnotyzującym głosie i rytmicznym pulsie perkusji, jednak z czasem stał się dla nich pełnoprawnym muzycznym azylem. The Creatures pozwoliło im na kreatywną ucieczkę od dynamiki macierzystej formacji, stając się przestrzenią, gdzie, jak wspominał Budgie, „nic innego nie miało znaczenia”. Ich kreatywne szaleństwo sięgnęło zenitu, gdy planując debiutancki album „Feast”, para z zamkniętymi oczami wbiła szpilkę w mapę świata. Los wskazał Hawaje, a efektem był materiał przesiąknięty egzotyką, lokalnymi chórami i dźwiękami, które brzmiały jak pocztówka z innego wymiaru.
Francuski zamek, szczyt sławy i próby samobójcze. Tak upadli Siouxsie i Budgie
Początek lat 90. to dla Siouxsie i Budgiego słodko-gorzki czas, w którym szczyt komercyjnego sukcesu zderzył się z początkiem staczania się w przepaść. W maju 1991 roku, tuż przed premierą albumu „Superstition”, para powiedziała sobie „tak” i zamieszkała w zamku na południu Francji, który miał być ich fortecą chroniącą przed światem. Płyta, napędzana chwytliwym singlem „Kiss Them for Me”, wbiła się z impetem na amerykańskie listy przebojów, a zespół stał się jedną z głównych atrakcji pierwszej, legendarnej edycji festiwalu Lollapalooza. Jednak za kulisami tego triumfu rozgrywał się dramat. Budgie tonął w alkoholu, a Siouxsie walczyła z własnymi demonami, co prowadziło do prób samobójczych i samookaleczeń. Trasa po USA, zamiast być koronacją ich kariery, stała się festiwalem toksycznych rozrywek, które zatruły ich związek do cna.
Paradoksalnie, fundamenty, na których zbudowali swój świat, okazały się kruche i doprowadziły do jego zawalenia. Jak Budgie przyznał w swojej autobiografii „The Absence”, kluczowym problemem była nierównowaga władzy i chroniczna niezdolność do konfrontacji. Łączyła ich wspólna blizna z dzieciństwa, ponieważ oboje stracili rodziców w młodym wieku, co sprawiło, że ich „uszkodzone dusze” odnalazły w sobie nawzajem schronienie. Ich kreatywna więź była tratwą ratunkową, ale nigdy nie rozwiązała fundamentalnych problemów. Kiedy w kwietniu 1996 roku wytwórnia Polydor podziękowała im za współpracę, dwudziestoletnia, hałaśliwa maszyna zwana Siouxsie and the Banshees zamilkła na dobre. Pozostawiła po sobie dziedzictwo zrodzone z miłości, która potrafiła tworzyć arcydzieła i jednocześnie spalać wszystko do gołej ziemi.