Josh Groban o chwili, gdy pod prysznicem musisz wybrać między Pearl Jam a operą

2026-06-12 9:05

Na początku lat 90. muzyczny świat dzieliła przepaść. Z jednej strony był surowy krzyk flanelowych koszul z Seattle, z drugiej - potęga głosu z La Scali. A jednak ktoś odważył się postawić między nimi znak równości, łącząc Eddiego Veddera z Luciano Pavarottim w najbardziej intymnej z możliwych przestrzeni.

Josh Groban
Autor: Matrix Media Group / face to face/ East News/ Reporter
Fani i fanki Taylor Swift są jak… punkowcy? Zaskakujące porównanie Eddiego Veddera!

Kafelki, para i ta bezbłędna akustyka, która ze zwykłego śmiertelnika potrafi na kilka minut zrobić herosa sceny. Prysznic to najbardziej demokratyczny z amfiteatrów – nie ma tu biletów, krytyków ani setek telefonów nagrywających każdy fałsz. Jest tylko czysta, nieskrępowana potrzeba wykrzyczenia czegoś z pełnych płuc. I właśnie w tej intymnej przestrzeni, jak przyznał kiedyś Josh Groban, rozgrywa się prawdziwy dramat wyboru tożsamości. To tu zapadają najważniejsze artystyczne decyzje.

Prysznic to mój czas na zaprezentowanie moich operowych umiejętności, ze względu na ogromne echo. Pod prysznicem brzmisz pięć razy potężniej, więc śpiewam „Nessun Dorma” z opery „Turandot” Pucciniego albo utwory Pearl Jam. Pod prysznicem trzeba pójść na całość. Nie ma mowy o półśrodkach – albo jesteś gwiazdą rocka albo diwą operową.

W tych słowach, rzuconych z lekkością i autoironią, kryje się coś więcej niż tylko zabawna anegdota. To niemal manifest, który rozbija pozornie nienaruszalny mur między dwoma światami – wysoką kulturą opery i brudną, przesterowaną energią rocka. Groban, chłopak z Los Angeles, którego kariera wystrzeliła, gdy jako nastolatek zastąpił na próbie samego Andreę Bocellego, doskonale wiedział, o czym mówi. Jego świat od początku był rozpięty między dwoma biegunami.

Dlaczego Josh Groban pod tym samym prysznicem stawia Eddiego Veddera obok Luciano Pavarottiego?

Na początku lat 90. te dwa światy zdawały się odległe o lata świetlne. Z jednej strony mieliśmy Seattle. Deszczowe miasto, flanelowe koszule i pokoleniowy bunt ubrany w potężne, chropowate riffy. W centrum tego zjawiska stał Eddie Vedder i jego Pearl Jam. Vedder nie był wirtuozem w klasycznym tego słowa znaczeniu. Nie miał techniki operowego śpiewaka, a jego głos, często na granicy krzyku, nosił w sobie cały ciężar egzystencjalnego niepokoju. Kiedy śpiewał „Alive” czy „Black”, nie chodziło o precyzję, a emocjonalną prawdę, o gardłowy ryk, który stawał się głosem milionów zagubionych dzieciaków. To była siła surowa, nieoszlifowana, wywodząca się z garażu, a nie z konserwatorium. Siła, która nie prosiła o pozwolenie, by wstrząsnąć posadami muzycznego świata.

Tymczasem na wielkich scenach, w blasku reflektorów, królowała inna potęga. „Nessun Dorma”, aria z ostatniej, niedokończonej opery Pucciniego, stała się globalnym fenomenem za sprawą Luciano Pavarottiego i Mistrzostw Świata w Piłce Nożnej w 1990 roku. To był popis wokalnej mocy absolutnej. Dźwięk tak czysty, tak potężny i tak doskonale kontrolowany, że zdawał się przekraczać ludzkie możliwości. To była celebracja techniki, lat ćwiczeń i dyscypliny. Każda nuta miała swoje miejsce, a kulminacyjne „Vincerò!” było obietnicą triumfu, podaną z nienaganną elegancją. Vedder niósł ból, Pavarotti – katharsis.

Gdy Seattle płonęło, co z operą?

Zestawienie tych dwóch postaci w intymnej przestrzeni kabiny prysznicowej wydaje się niemal komiczne. A jednak Groban intuicyjnie wyczuł to, co umykało wielu krytykom – wspólnym mianownikiem była tu potrzeba sięgnięcia po bezwstydnie potężny wokal. Odrzucenie półśrodków. Zarówno grunge’owy krzyk Veddera, jak i tenorowa eksplozja Pavarottiego były próbą dotarcia do granic ludzkiej ekspresji. Obaj, na swoich zupełnie różnych polach bitwy, walczyli o to samo: o przeszywający dreszcz, który przechodzi po plecach słuchacza. O moment, w którym muzyka przestaje być tylko zbiorem dźwięków, a staje się fizycznym doznaniem.

Groban, wychowanek producenta Davida Fostera, mentora gwiazd o wielkich głosach, jak Céline Dion, od samego początku był programowany na sukces w świecie dopracowanej, monumentalnej muzyki pop. Miał talent, warunki i aparycję. Mógł stać się kolejnym gładkim wokalistą od bezpiecznych ballad. Ale gdzieś pod skórą czuł zew surowej energii, tej samej, która napędzała Pearl Jam. Jego własna kariera, balansująca na styku popu, musicalu i klasyki, stała się dowodem na to, że te światy mogą się przenikać. Że można mieć w sobie jednocześnie wrażliwość operowej diwy i serce rockmana.

A co, jeśli Josh Groban ma rację i to wszystko jedna i ta sama scena?

Cytat Grobana to nie tylko żart. To przypomnienie, że w muzyce, u jej samego źródła, podziały na gatunki tracą na znaczeniu. Liczy się tylko impuls, potrzeba wyśpiewania siebie w najpełniejszy możliwy sposób. Nieważne, czy akompaniuje ci orkiestra symfoniczna, czy przesterowana gitara. Nieważne, czy stoisz na deskach La Scali, czy na zabłoconej scenie festiwalu Lollapalooza. Pod prysznicem, gdzie każdy jest dla siebie jedyną publicznością, ta prawda staje się oczywista. To tam, w kłębach pary, rodzi się wielki głos, który nie uznaje kompromisów. A ostateczny wybór między arią a rockowym hymnem to być może najpiękniejszy i najbardziej intymny z artystycznych dylematów.