Jim Steinman był dla niego wszystkim. Wtedy Meat Loaf usłyszał, co ten nagrał bez niego

2026-06-14 9:05

Stworzył muzyczny fenomen, który sprzedał się w ponad 100 milionach egzemplarzy i zapewnił mu status legendy. Niedługo potem stracił wszystko: głos, pieniądze i prawa do własnych piosenek. To był dopiero początek jego najbardziej rockandrollowej walki - walki o przetrwanie.

Meat Loaf
Autor: Af Archive/ East News
Najpiękniejsze rockowe ballady. Oto nasze TOP 10 najlepszych utworów

Kiedy stawał na scenie, był zjawiskiem. Nie tyle muzykiem, co żywiołem ubranym w spoconą koszulę i dramaturgię, której rockandrollowy świat rzadko doświadczał na taką skalę. Był w nim operowy rozmach, teatralny gest i głos zdolny kruszyć mury. Ale gdy gasły światła, a pot mieszał się z euforią publiczności, Marvin Lee Aday, którego świat poznał jako Meat Loafa, odrzucał koronę, którą próbowano mu wcisnąć na głowę. Robił to z uporem, który definiował całą jego karierę, pełną wzlotów, bolesnych upadków i spektakularnych powrotów. W jednym z wywiadów ujął to najprościej, jak potrafił:

Ludzie nazywają mnie gwiazdą rocka czy kimś takim, a ja na to: „Nie nazywajcie mnie tak. Nie postrzegam siebie w tych kategoriach. Jeśli już musicie mnie jakoś nazywać, mówcie na mnie kameleon”.

I trudno o trafniejszą autodefinicję. Przez całe życie uciekał przed zaszufladkowaniem, które wydawało się jego przeznaczeniem po sukcesie „Bat Out of Hell”. Był aktorem grającym rolę gwiazdy rocka, a nie gwiazdą rocka, która czasem grywała w filmach.

Kim był Meat Loaf bez Jima Steinmana? A kim Steinman bez niego?

Cała ta historia nie miałaby sensu bez drugiego, często ukrytego w cieniu, bohatera. Jim Steinman, kompozytor i autor tekstów, był dla Meat Loafa tym, kim Bernie Taupin dla Eltona Johna – architektonicznym geniuszem, który projektował muzyczne katedry. Tyle że katedry Steinmana były wagnerowskie, gotyckie i ociekające nastoletnim melodramatem. Poznali się w teatrze, podczas pracy nad musicalem „More Than You Deserve”, i to był klucz do ich relacji. To nie był sojusz muzyków, a raczej pakt reżysera z aktorem obdarzonym niezwykłym narzędziem – głosem. Kiedy w 1977 roku próbowali sprzedać wytwórniom „Bat Out of Hell”, nikt nie chciał tego dotknąć. Było zbyt operowe, zbyt dziwaczne, zbyt… teatralne. Nie pasowało ani do punka, ani do disco. Todd Rundgren, który ostatecznie wyprodukował album, zgodził się na współpracę tylko dlatego, że myślał, że mają już kontrakt. Nie mieli.

Ich relacja była burzliwa, naznaczona procesami sądowymi, walką o prawa do nazwy i wieloletnimi okresami milczenia. Kiedy po sukcesie pierwszej części „Nietoperza z piekła rodem” Meat Loaf stracił głos na skutek wyczerpania i presji, Steinman nie czekał. Nagrał kolejny album, „Bad for Good”, sam. To był cios, który na lata zdefiniował ich zawodowe drogi. A jednak, gdy w 1993 roku wrócili z „Bat Out of Hell II: Back into Hell”, świat oszalał na nowo, a singiel „I'd Do Anything for Love (But I Won't Do That)” dał im nagrodę Grammy. Byli jak dwa składniki chemiczne, które osobno pozostawały niestabilne, ale razem tworzyły wybuchową, platynową mieszankę.

Od klopsika w Teksasie do Roberta Paulsena

Kiedy Meat Loaf mówił o byciu kameleonem, nie miał na myśli tylko muzyki. Jego życie było serią transformacji, począwszy od samego imienia. Urodził się jako Marvin Lee Aday, ale zmienił je na Michael, bo prześladowała go reklama Levi'sa z hasłem „Biedny, gruby Marvin nie może nosić Levi'sów”. Pseudonim „Meat Loaf” (klopsik) miał mu nadać trener futbolu, gdy jako nastolatek nadepnął mu na stopę. Nie brzmiało to jak materiał na gwiazdę rocka. Raczej na postać z komedii braci Coen. Artysta odnajdywał się w rolach, które wymagały czegoś więcej niż tylko rockandrollowej pozy. Jego korzenie tkwiły w teatrze – grał w „Hair” i w oryginalnej obsadzie „The Rocky Horror Show”, gdzie wcielał się w postać Eddiego. Rola ta stała się jego przepustką na wielki ekran w kultowym „The Rocky Horror Picture Show”.

Potrafił zagrać kierowcę autobusu Spice Girls w „Spice World” z autoironią, na którą nie zdobyłby się żaden nadęty bóg rocka. A potem, dwa lata później, stworzyć jedną z najbardziej poruszających postaci w kinie lat 90. – Roberta „Boba” Paulsena w „Podziemnym kręgu” Davida Finchera. Jego postać, mężczyzna z ginekomastią umierający na raka, była tak prawdziwa i tragiczna, że na chwilę cały świat zapomniał o jego muzycznej personie. To był właśnie kameleon w akcji: zdolność do całkowitego zniknięcia w roli, do porzucenia wizerunku na rzecz postaci. Czegoś, co w świecie rocka jest rzadkością.

Sprzedać 100 milionów płyt i zbankrutować

Paradoks kariery Meat Loafa polegał na tym, że choć był autorem jednego z największych komercyjnych fenomenów w historii muzyki – trylogia „Bat Out of Hell” sprzedała się w ponad 100 milionach egzemplarzy – jego droga była wyboista jak teksański trakt. Po gigantycznym sukcesie debiutu przyszły lata chude. Problemy z głosem, konflikty ze Steinmanem, nietrafione albumy i fatalne zarządzanie finansami doprowadziły go do bankructwa w 1983 roku. W jednym momencie stracił prawa nawet do własnych piosenek. Musiał na nowo budować swoją pozycję, grając koncerty w mniejszych salach i próbując sił w stand-upie. Jego popularność w Europie, zwłaszcza w Wielkiej Brytanii, była często większa niż w rodzinnych Stanach Zjednoczonych. Był dowodem na to, że w przemyśle muzycznym nic nie jest dane na zawsze.

Jego historia to opowieść o uporze i niezwykłej zdolności do regeneracji. Był jak postać ze swoich własnych piosenek – upadający anioł, który zawsze znajdował siłę, by znów wzbić się w powietrze. Może dlatego, że w głębi duszy nigdy nie uwierzył w mit „gwiazdy rocka”. Traktował to jako kolejną rolę do odegrania. Aktor po prostu schodził ze sceny, by przygotować się do następnego aktu, nawet jeśli kurtyna na chwilę opadła.

Galeria: Mystic Festival 05.06. 2026. Moc, rytuał i gitarowa wirtuozeria. Tak wyglądał drugi dzień festiwalu