Jeden utwór, zero słów, totalna panika. Dlaczego zbanowano "Rumble" Linka Wraya?
Rock and roll od zawsze flirtował z kontrowersją, ale tylko jeden instrumentalny numer posunął się tak daleko, że został oficjalnie zbanowany w amerykańskich stacjach radiowych. Mowa o „Rumble” Linka Wraya z 1958 roku, kompozycji, która nie potrzebowała słów, by siać postrach. Cała jej moc tkwiła w surowym, przesterowanym brzmieniu gitary, które brzmiało jak zwiastun nadchodzącej rewolucji. Cenzorzy w Nowym Jorku i Bostonie usłyszeli w nim dźwiękową anarchię i uznali, że tytuł, będący slangowym określeniem na walkę gangów, oraz agresywna melodia mogą być iskrą zapalną dla młodzieżowej przemocy. To był precedens, w którym sama muzyka, czysta instrumentalna furia, została uznana za zagrożenie dla porządku publicznego.
Mimo że radiowi decydenci próbowali wcisnąć przycisk „mute”, buntowniczego instrumentala Wraya nie dało się uciszyć. Numer wbił się na 16. miejsce amerykańskiej listy przebojów, a singiel sprzedał się w ponad milionie egzemplarzy. Paradoksalnie, producent nagrania, Archie Bleyer z Cadence Records, początkowo kompletnie nie czuł tego brudnego brzmienia. Do wydania płyty przekonała go jego nastoletnia pasierbica, która usłyszała w kompozycji echo ulicznych starć z musicalu „West Side Story”. To właśnie ona, lub jak twierdzą inni, sam Phil Everly z The Everly Brothers, rzuciła tytuł „Rumble”, który idealnie uchwycił groźną energię tego przełomowego kawałka.
Link Wray wziął ołówek i podziurawił wzmacniacz. Tak narodził się "Rumble"
Jak to często bywa z rockandrollowymi legendami, wszystko zaczęło się od szczęśliwego przypadku. Podczas koncertu w Fredericksburgu w Wirginii lokalny DJ poprosił Linka Wraya i jego zespół The Ray Men o zagranie popularnego hitu „The Stroll”. Zamiast grzecznie odegrać cover, muzycy, którzy nie znali utworu, postanowili odpalić własną dźwiękową petardę. Zaimprowizowali surową, mroczną kompozycję, którą roboczo nazwali „Oddball”. Publiczność wpadła w ekstazę, żądając bisów, a Wray zrozumiał, że właśnie uwolnił bestię, którą trzeba jak najszybciej zamknąć w studiu nagraniowym.
Aby odtworzyć na płycie tę dziką, agresywną energię z koncertu, Wray dokonał czegoś, co dla większości gitarzystów byłoby świętokradztwem. W akcie czystego rockandrollowego wandalizmu chwycił ołówek i zaczął nim dziurawić membrany głośników w swoim wzmacniaczu Premier. Nie dbał o sprzęt, liczył się tylko ten jeden, konkretny, chropowaty dźwięk, który stał się jego znakiem rozpoznawczym. Ta pionierska technika celowego przesterowania gitary, nagrana na prymitywnym, jednotorowym magnetofonie za śmieszne 57 dolarów, na zawsze zmieniła DNA muzyki gitarowej.
Bez "Rumble" nie byłoby The Who. Jimmy Page i Iggy Pop to potwierdzają
Wpływ „Rumble” na kolejne pokolenia muzyków jest nie do przecenienia, a lista jego dłużników to prawdziwa rockowa arystokracja. Pete Townshend z The Who przyznał, że gdyby nie usłyszał tego utworu, prawdopodobnie nigdy nie chwyciłby za gitarę. Jimmy Page z Led Zeppelin, słuchając kompozycji w dokumencie „It Might Get Loud”, stwierdził, że ten dźwięk ma w sobie „głęboko zakorzenioną postawę”. Z kolei dla Iggy'ego Popa usłyszenie go w studenckim klubie było objawieniem, po którym „emocjonalnie opuścił szkołę”, by zostać muzykiem. Jakby tego było mało, to właśnie Wrayowi przypisuje się stworzenie power chordu, czyli świętego Graala i podstawowego budulca hard rocka i punka.
Za tą gitarową furią kryła się jeszcze jedna historia buntu. Link Wray, artysta o indiańskich korzeniach z plemienia Shawnee, przez lata był zmuszony ukrywać swoje pochodzenie z powodu panującej dyskryminacji. Świat w końcu nadrobił zaległości i docenił jego wkład, między innymi za sprawą dokumentu „Rumble: The Indians Who Rocked the World” z 2017 roku. Ukoronowaniem jego dziedzictwa było wprowadzenie singla „Rumble” do Rock and Roll Hall of Fame w 2018 roku, a pięć lat później uhonorowanie samego Wraya w kategorii „Musical Influence”. Utwór, który kiedyś uznano za zbyt niebezpieczny dla społeczeństwa, zajął należne mu miejsce w panteonie rocka. To ostateczny dowód na to, że prawdziwa rewolucja nie potrzebuje słów, wystarczy jej jeden dobrze przesterowany riff.