To największe komercyjne samobójstwo w historii metalu. Album "Dopesmoker" zniszczył zespół Sleep i dał mu nieśmiertelność

2026-01-10 10:55

Zdobycie kontraktu z dużą wytwórnią często oznacza artystyczny kompromis. Muzycy z grupy Sleep postanowili jednak pójść pod prąd, nagrywając dla swojego wydawcy jeden, jednogodzinny utwór. Ta decyzja doprowadziła do zerwania kontraktu, ale paradoksalnie stała się fundamentem ich nieśmiertelnej legendy.

Koncert rockowy

i

Autor: CC0 1.0

Godzinny utwór "Dopesmoker" miał być hitem. Zamiast tego zniszczył zespół Sleep

Historia rocka zna wiele opowieści o bitwach artystów z wytwórniami, ale niewiele z nich ma tak spektakularny finał, jak starcie zespołu Sleep z machiną przemysłu muzycznego. Po sukcesie albumu „Sleep's Holy Mountain”, który wstrząsnął posadami sceny, trio podpisało pakt z gigantem, wytwórnią London Records, która obiecała im pełną swobodę twórczą. Zamiast jednak dostarczyć kolekcję radiowych pewniaków, zespół przyniósł na ołtarz jedno, monolityczne dzieło: trwający ponad godzinę utwór „Dopesmoker”. Wytwórnia, widząc w kompozycji komercyjne samobójstwo, kategorycznie odmówiła wydania jej w pierwotnej formie. Ten artystyczny pat wbił ostatni gwóźdź do trumny zespołu, który rozpadł się w 1998 roku, jednocześnie odlewając z brązu fundament pod jego nieśmiertelną legendę w metalowym podziemiu.

Muzyce ze świata rocka i metalu, którzy zmarli w 2025 roku

Cztery lata w studiu i wzmacniacze za 75 000 dolarów. Szalone narodziny "Dopesmoker"

Zanim jednak na świat przyszedł ten soniczny potwór, jego narodziny poprzedziły lata twórczych bólów. Po tym, jak album „Sleep's Holy Mountain” z 1992 roku niczym sejsmiczna fala przetoczył się przez scenę i zdefiniował brzmienie stoner rocka, zespołem zainteresowały się największe rekiny branży. Wybór padł na London Records, głównie ze względu na obietnicę pełnej kontroli artystycznej i status jedynego metalowego aktu w ich stajni. Prace nad nowym materiałem ciągnęły się przez blisko cztery lata, od 1992 do 1996 roku. Cały proces dodatkowo spowalniała półtoraroczna batalia prawna o zerwanie kajdan kontraktu z poprzednią wytwórnią, Earache Records. Ta długa przerwa pozwoliła jednak muzykom w pełni skrystalizować wizję swojego magnum opus.

Nagranie jednogodzinnego utworu na analogowej taśmie w 1996 roku okazało się gigantycznym wyzwaniem. Standardowa szpula mogła pomieścić zaledwie 22 minuty muzyki, co zmusiło zespół do pocięcia kompozycji na trzy oddzielne części. Gitarzysta Matt Pike opisał ten proces jako jedną z najtrudniejszych rzeczy, jakich dokonał, podkreślając ogrom materiału, który musiał wwiercić sobie w pamięć. Aby uzyskać pożądane, miażdżące brzmienie, grupa zainwestowała około 75 000 dolarów w specjalnie zbudowane wzmacniacze GREEN Matamp. Te dźwiękowe lewiatany były tak głośne, że podczas nagrywania nikt nie był w stanie wytrzymać w jednym pomieszczeniu z ryczącymi potworami.

Sleep nie istniał, ale legenda "Dopesmoker" rosła. Jak album w końcu ujrzał światło dzienne?

Gdy pył bitewny opadł, a Sleep pogrążył się w hibernacji, jego muzycy nie zamierzali składać broni. Matt Pike odpalił potężną, riffową maszynę zniszczenia znaną jako High on Fire. Tymczasem basista Al Cisneros i perkusista Chris Hakius powołali do życia zespół OM, kontynuując eksplorację duchowych i medytacyjnych rejonów ciężkiej muzyki. W tym czasie legenda „Dopesmokera” rosła w siłę, przekazywana w podziemiu niczym święty Graal gatunku. W 1999 roku na rynek trafiła nieautoryzowana, okrojona do 52 minut wersja pod tytułem „Jerusalem”. Na pełne, majestatyczne zmartwychwstanie fani musieli poczekać do 2003 roku, gdy Tee Pee Records oficjalnie wydało utwór w całej jego 63-minutowej chwale, ostatecznie cementując jego kultowy status. Z biegiem lat album doczekał się kilku reedycji, w tym wersji z 2012 roku zremasterowanej z oryginalnych taśm oraz edycji z 2022 roku, którą wzbogacono o dodatkowy utwór „Hot Lava Man”.

Środkowy palec dla wytwórni, który zdefiniował gatunek. Dziedzictwo albumu "Dopesmoker"

Album, który na papierze wyglądał jak komercyjne harakiri, z biegiem lat okazał się kamieniem węgielnym całego gatunku. Krytycy opisują słuchanie go jako soniczną pielgrzymkę, która początkowo może przytłaczać, ale z każdym kolejnym zanurzeniem w jej gęstych oparach odsłania nowe, hipnotyzujące warstwy. Zespół Sleep, często określany mianem „ostatecznego zespołu stonerrockowego”, przebudził się w 2009 roku, a w 2018 zaskoczył wszystkich albumem „The Sciences”, udowadniając, że jego moc nie osłabła. Historia „Dopesmokera” to ostateczny dowód, że prawdziwa sztuka nie chodzi na kompromisy. To muzyczny środkowy palec wymierzony w korporacyjne kalkulacje, który z czasem stał się nieśmiertelnym pomnikiem artystycznej odwagi.