Deep Purple



27.04.2009 (17:49)

Najnowsze wydanie biografii zespołu Deep Purple, obchodzącego w ubiegłym roku czterdziestolecie powstania! Książka została poprawiona i uzupełniona o wiele interesujących faktów z lat 2003-2009. To „biblia” fanów Głębokiej Purpury!

Najnowsze wydanie biografii zespołu Deep Purple, obchodzącego w ubiegłym roku czterdziestolecie powstania! Książka, po raz pierwszy w nowej oprawie edytorskiej, została poprawiona i uzupełniona o wiele interesujących faktów z lat 2003-2009. Znalazły się w niej nowe, niepublikowane zdjęcia, a dzięki rozmowom z muzykami i menedżerami, autorzy dotarli dotarli do nieznanych wcześniej faktów z tej starszej, jak i najnowszej historii grupy. Podobnie jak poprzednie wydania, również i to – oprócz części biograficznej – zawiera szczegółową dyskografię i listę wszystkich koncertów. Ta książka to „biblia” fanów Głębokiej Purpury!



Fragment książki:

RITCHIE BLACKMORE: „Na początku był jazz tradycyjny i skiffle” – powiedział kiedyś Mick Jagger. A wszystko zaczęło się, gdy do Anglii lat 50., pławiącej się od jakiegoś czasu w błogostanie i dobrobycie, docierać zaczęły obrazki, odgłosy i wibracje zza Wielkiej Wody. Telewizja znajdowała się wówczas jeszcze w powijakach, lecz kino i radio wzorowo wypełniały rolę ogniw łączących mniej i bardziej prowincjonalną Anglię z wielkim światem. Kino było pierwszym zwiastunem nadchodzącej rewolucji obyczajowej i niespotykanego dotąd na taką skalę konfliktu między światem młodych i dorosłych. Natomiast radio przez najbliższych kilka lat zdominował tradycyjny nowoorleański jazz, którego każdy słuchał, każdy chciał grać, choć nie każdy, rzecz jasna, mógł. Ci, co chcieli i mogli, lądowali w orkiestrach jazzowych, tanecznych, klubowych i wszelkich innych. Ci, którym Najwyższy talentów poskąpił, drogi do samorealizacji szukali w przydomowych, osiedlowych czy parafialnych kapelach. Na ich potencjał w pierwszej kolejności składały się dobre chęci, następnie instrumentarium (jakiekolwiek – bo jeśli ktoś posiadał już własną gitarę lub banjo, to automatycznie dostępował zaszczytu kierowania takową formacją) i w końcu umiejętności poszczególnych „muzyków”. Obowiązywała taka właśnie kolejność, ale mało kto się tym przejmował. Zespoły grały prostą, pogodną, akustyczną mieszankę muzyki ludowej i jazzu, a to podobało się wszystkim. „To”, czyli SKIFFLE. Jak Anglia długa i szeroka, na ulicach, placach, w klubach czy kawiarnianych ogródkach zaroiło się nagle od zespołów grających tę bezpretensjonalną, łatwo wpadającą wszystkim generacjom w ucho muzyczkę. Sielankowa atmosfera spokoju i samozadowolenia trwała w najlepsze mniej więcej do połowy dekady. Niekwestionowanym bożyszczem skiffle’owego elektoratu był wówczas Lonnie Donnegan. Moment jego detronizacji zbliżał się jednak szybkimi krokami. Elvis Presley, Eddie Cochran, Bill Haley czy Buddy Holly to nazwiska, które w niedalekiej przyszłości staną się znane każdemu. Na razie – a przypomnijmy, że nasza opowieść zaczyna się w drugiej połowie lat pięćdziesiątych – wyznawcy nowych trendów w muzyce popularnej znajdują się w zdecydowanej mniejszości. W Londynie spotkać ich było można najczęściej w barze „2 I’s” mieszczącym się przy Old Compton Street, gdzie zbierali się w piątkowe i sobotnie wieczory (a rolę wykidajły pełnił osobiście Peter Grant, zmarły w roku 1995 były menażer Led Zeppelin), by posłuchać, co mają im do zaoferowania brytyjscy pionierzy rock’n’rolla – Tommy Steele, Cliff Richard, Adam Faith czy Marty Wilde. Muzyczne nowinki ze Stanów docierały różnymi drogami także do tych, którzy na razie nie mogli dostąpić zaszczytu przekroczenia progów londyńskiej Mekki wczesnego rock’n’rolla. Jednego z nich, niejakiego RICHARDA HAROLDA BLACKMORE’A (dla przyjaciół i potomnych po prostu Ritchiego), zastajemy siedzącego na furtce Heston Senior High School. Po raz pierwszy zobaczyłem go właśnie tam. Rzucał kawałkami ananasa w dziewczęta – wspomina Glenn Stoner, jeden z jego szkolnych kolegów. Od razu wzbudził we mnie szacunek! Niewątpliwie – z tak profesjonalnym podejściem do płci przeciwnej... Ritchie urodził się 14 kwietnia 1945 roku w leżącym nad Kanałem Bristolskim Weston Super Mare. Stamtąd, w wieku dwóch lat (i na razie jeszcze w towarzystwie rodziców) przeprowadził się do podlondyńskiego Heston. Glenn: Mieszkał przy Ash Grove, skąd miał około dwóch mil do szkoły. Przyjeżdżał na jakimś prehistorycznym, błękitno-rdzawym rowerze. Lubił sport i zdobył nawet mistrzostwo Heston w rzucie oszczepem. Ritchie: Byłem najlepszy w Londynie, ale z powodu zbyt młodego wieku, nie dostałem się do reprezentacji Anglii. Glenn: Ritchie był też dobry w pchnięciu kulą i rzucie dyskiem. I miał zawsze długie (jak na tamte czasy – aut.) włosy. Jeden z nauczycieli dał mu nawet 10 pensów na fryzjera, ale zdaje się, że Ritchie za te pieniądze kupił sobie ananasa czy coś takiego. Z relacji Glenna wynika więc, że Ritchie miałby pewne kłopoty ze zdobyciem odznaki wzorowego ucznia. On sam nie wykazywał zresztą większych tendencji w tym kierunku... Gdy miałem piętnaście lat opuściłem szkołę – nie mogłem się wprost tego doczekać! Byłem jak jakiś wyrzutek, niepokorny buntownik czy coś w tym rodzaju. Zdaje się, że mniej więcej co tydzień groziło mi usunięcie ze szkoły. Startowałem też w zawodach sportowych – rzucałem oszczepem i pływałem, za co otrzymywałem rozmaite nagrody. Po uroczystym apelu i odegraniu hymnów dyrektor szkoły chwalił mnie publicznie: „Blackmore znów odniósł sukces – uratował honor Heston!” i wręczał mi jakiś okolicznościowy medal. Ale po południu tego samego dnia stałem już u niego „na dywaniku” – dyrektor osobiście dawał mi za coś w skórę i po raz kolejny groził usunięciem ze szkoły. Byłem bardzo gadatliwym uczniem. Nie mogłem usiedzieć na lekcjach i zawsze mnie przyłapywano na rozmowach. Pamiętam, jak mój nauczyciel fizyki mówił do mnie: „Blackmore – uważaj, żebyś nie został kiedyś przestępcą”. Gdy pytałem go dlaczego, on odpowiadał: „Ponieważ ty przez cały czas wyglądasz jakbyś miał coś na sumieniu...” Na plastyce bez przerwy malował gitary zasilane... parą – wspomina Glenn Stoner. Chyba dlatego wykreślono go potem z tych lekcji i przeniesiono na matematykę. Po tym, jak wrzucił ogryzek jabłka i nalał kleju do herbaty nauczyciela wywalono go też z zajęć praktycznych. I znowu trafił na matematykę (z tego musiał być chyba w końcu niezły!). A zatem program wychowania plastycznego w Heston Senior High School nie obejmował swym zasięgiem „gitar zasilanych parą”. Nie ulega jednak wątpliwości, że to właśnie gitary (i to niekoniecznie zasilane parą) w największym stopniu zaprzątały duszę nastoletniego Blackmore’a. Dlaczego gitary? Wyjaśnia sam zainteresowany: Podobał mi się widok Tommy’ego Steele’a podskakującego w programie „6,5 Special”. Również sam kształt gitary... Cudowny instrument. Na samym początku chciałem grać na trąbce, tak jak Eddie Calvert, ale trąbki były zbyt drogie. Potem chciałem zostać perkusistą, ale perkusja również kosztowała majątek. Można było jednak kupić gitarę za niecałe sześć funtów. No i właśnie dlatego... Na początek Ritchie pożyczył instrument od jednego z kolegów, a swą pierwszą gitarę – używanego, hiszpańskiego Framusa – dostał od ojca, mając jedenaście lat. Nie był to chyba dla taty jakiś szczególny wydatek bo gitara kosztowała 7 gwinei. Blackmore senior (nauczyciel matematyki w lokalnej szkole), widząc, że syn więcej uwagi poświęca grze niż nauce, zapowiedział, że własnoręcznie roztrzaska mu tę gitarę na głowie, jeśli przynajmniej TEGO nie nauczy się porządnie. Groźba, jak widać, poskutkowała. Przez pierwsze dwanaście miesięcy nie szło mi za dobrze – opowiadał Ritchie. Uczęszczałem na lekcje gitary klasycznej, gdzie co tydzień ćwiczony był inny fragment, ale okazało się, że nie jestem aż tak bardzo zainteresowany taką muzyką. W piątkowe wieczory kułem, a następnego dnia nie potrafiłem na lekcji niczego porządnie zagrać. Dzięki temu nauczyłem się jednak naśladować innych oraz poprawnie grać wykorzystując wszystkie palce, a nie, jak robią to bluesmani, dwa lub trzy. Oddajmy jeszcze na chwilę głos Glennowi, który opisuje powstanie pierwszego zespołu, w którym na gitarze zagrał Ritchie Blackmore: Ritchie kupił małego, czarnego, akustycznego Framusa i zapisał się na lekcje (...) Potem uczył się już sam – zamykał się na całe godziny w swoim pokoju, niczym jakiś pustelnik, i ćwiczył. Potrafiłem wówczas zagrać kilka akordów i riffów, więc razem z kilkoma osobami ze szkoły założyliśmy zespół – dwie dziewczyny na wokalu i gość z basem zrobionym ze skrzyni po herbacie... Perkusistą był chłopak, który posiadał werbel i tarkę. Mimo to Ritchie i ja czuliśmy się już częścią showbusinessu! Nauczyliśmy się kilku numerów Berta Weedona i Duane’a Eddy’ego – wtedy wielkich gwiazd. Daliśmy kilka koncertów w szkole, aż zaczęli nam płacić, bylebyśmy tylko zeszli ze sceny. Dodajmy, że naoczni świadkowie tamtych czasów donoszą, iż Ritchie, po wzbogaceniu swego Framusa o prawdziwą przystawkę, podłączył go wprost do sieci, co na jakiś czas pozbawiło szkołę oświetlenia elektrycznego. Nie wiadomo, czy debiutancki koncert doszedł do skutku... W latach 1958-59 Ritchie nawiązał kontakt z podobnie jak on mieszkającym w Heston, nieco starszym gitarzystą Jimem Sullivanem. Był on stałym bywalcem baru „2 I’s”, gdzie grał razem z Martym Wilde’em. Pewnego dnia Ritchie zastukał do drzwi Sullivana prosząc go o fachową poradę. Ale znakomity gitarzysta nie miał ochoty zawracać sobie głowy małoletnim adeptem gitarowego kunsztu. Gdy po jakimś czasie ponownie otworzył drzwi, ujrzał małoletniego adepta pokornie klęczącego na wycieraczce. Odtąd, przez najbliższe dwa lata, gitarowym guru Blackmore’a miał być właśnie „Big” Jim Sullivan. Ritchie, nie kryjąc najwyższego szacunku, do dziś podkreśla ogromny wkład Sullivana w rozwój swego własnego stylu gry. Niezwykle ważna okazała się rada by, grając rock’n’rolla, Ritchie nie zapomniał tego, czego zdążył nauczyć się na lekcjach gitary klasycznej. Jim jest bez wątpienia jednym z najwybitniejszych gitarzystów na tym świecie. Zwrócił mi kiedyś uwagę na pewną rzecz – „cokolwiek będziesz w przyszłości robił, staraj się nie popełniać błędu, jaki ja popełniłem stając się gitarowym chłopcem do wszystkiego. Trzymaj się jednego stylu”. I dlatego teraz mogę o sobie powiedzieć, że jestem bardzo dobrym gitarzystą rockowym.


NAJNOWSZE HITY w eskarock.pl

  • zdjęcie Little One
  • zdjęcie Legendary
  • zdjęcie Man Of War
  • zdjęcie The Promise
  • zdjęcie The Man
  • zdjęcie  The Way You Used To Do
  • zdjęcie All I Can Think About Is You
  • zdjęcie Paranoiac Personality
  • zdjęcie Going Backwards
  • zdjęcie I Only Lie When I Love You
  • zdjęcie I Promise
  • zdjęcie Run
  • zdjęcie Everything Now
  • zdjęcie Polsko
  • zdjęcie Wall of Glass
  • zdjęcie Twoje motylki
  • zdjęcie Hot Blood
  • zdjęcie Nieboskłon
  • zdjęcie Dig Down
  • zdjęcie Song On Fire
  • zdjęcie Pismo