Catherine i Heathcliff to, obok Romea i Julii oraz Elizabeth Bennet i Pana Darcy'ego, jedna z najbardziej ikonicznych par w dziejach literatury. Postrzeganie "Wichrowych wzgórz" wyłącznie w kategoriach romansu jest jednak rażącym uproszczeniem i, bądźmy szczerzy, przejawem ignorancji. Powieść Emily Brontë to bowiem przede wszystkim przejmujący dramat psychologiczny, z elementami horroru, o pokoleniowej traumie, ludzkiej zawiści, rasizmie, klasizmie, zgubności egoizmu oraz grzechach patriarchatu. A Emerald Fennell sprowadziła ją do płytkiego romansidła, opartego na najbardziej wyświechtanych motywach współczesnej literatury popularnej (i bynajmniej nie ambitnej).
"Wichrowe wzgórza" Emerald Fennell NIE SĄ adaptacją powieści Emily Brontë
Reżyserka "Wichrowych wzgórz", które dziś wchodzą do kin, idealnie na Walentynki (sic!), w licznych wywiadach tłumaczyła, że jej dzieło nie jest typową adaptacją. Miała bowiem własną wizję, opartą na tym, jak wspomina książkę Brontë z czasów, gdy zaczytywała się weń jako młódka. Samo założenie "a co, gdyby Wichrowe wzgórza w istocie były przede wszystkim romansem?" nie jest zbrodnią, w końcu przenieść tę książkę na ekran niejeden już próbował i każdy poległ z kretesem, a luźne adaptacje, to w kinie przecież norma - ba, niektóre z nich były naprawdę udane. Sęk w tym, że nawet adaptacja, która z gruntu zakłada nawet daleko idące zmiany w fabule, posiada jakieś granice. Najważniejszą z nich jest zachowanie ducha oryginału.
Zeszłoroczny "Frankenstein" Guillermo del Toro reinterpretował klasyczny horror w sposób, który tchnął w tę opowieść nowe życie, lecz jej przekaz pozostał niezmieniony. To jest podręcznikowy przykład luźnej adaptacji, która w pełni zasłużenie zebrała szereg pochwał i nominacji do Oscara. Podobnym przypadkiem jest serialowy "Sherlock", którego akcję osadzono we współczesnych realiach, ale to wciąż JEST Sherlock Holmes, którego znamy z kart powieści sir Arthura Conana Doyle'a. Powstały też takie filmy, jak "Słodkie zmartwienia" czy "Titanic", którym za inspirację służyły kolejno "Emma" Jane Austen i "Romeo i Julia" Williama Shakespeare'a, niemniej inspiracja ta była tak luźna, że Amy Heckerling i James Cameron nie zatytułowali swych dzieł "Emma nosi Calvina Kleina", czy "Romeo i Julia kontra góra lodowa". Bo gdy film tak znacząco odbiega od oryginału, przestaje być adaptacją i winien nosić inny tytuł.
i
Emerald Fennell chciała nakręcić fanficion w oparciu o dynamikę relacji Cathy i Heathcliffa i nikt nie miałby do niej o to pretensji, gdyby nie wycierała sobie twarzy tytułem książki Emily Brontë po to tylko, by wywołać kontrowersje i zapewnić sobie pozycję w box-office. W jej zapewnienia o "interpretacji nastoletniego czytelnika" nie chce mi się wierzyć, bowiem jeśli okazałyby się one prawdziwe, świadczyłyby o bardzo niskiej inteligencji emocjonalnej reżyserki. Chce mi pani powiedzieć, że czytając tę książkę w wieku lat -nastu udawała pani, że jedna z kluczowych postaci nie istnieje, drugą połowię książki uznała za niebyłą (film urywa się dosłownie w połowie fabuły pierwowzoru) i z tej wielowątkowej, zniuansowanej i przejmującej opowieści wyciągnęła pani tylko wypaczoną wersję romansidła? Swą ordynarną pazerność ubiera pani w szaty przekonania, iż nastoletnie czytelniczki posiadają zdolność przyswajania kultury na poziomie, za przeproszeniem, półdebilek.
"Wichrowe wzgórza" - recenzja filmu
Zdaję sobie oczywiście sprawę, że lwia część potencjalnych widzów nie czytała powieści Emily Brontë, wesołą twórczość pani Fennell należy zatem oceniać także i w oderwaniu od literackiego pierwowzoru. Problem polega jednak na tym, że wycięcie postaci Hindleya sprawiło, że fabuła kompletnie się posypała. Brat Cathy był bohaterem kluczowym dla rozwoju Heathcliffa, bez niego główny bohater traci swe villain origin story. Można wprawdzie założyć, że w filmie zmiksowano Hilndleya ze starym Earnshawem, to nie załatwia jednak sprawy, bowiem dynamika jego relacji z Heathcliffem nie posiada nawet ułamka traumy i upodlenia, jakie zaserwował mu przyszywany brat. Sam Heathcliff wypada zresztą żałośnie, gdyż zamiast ofiary, która zmienia się w oprawcę (i nazywajmy rzeczy po imieniu - zwykłego potwora), przypomina żałosnego incela, który poprzysięga Cathy zemstę i... kompletnie nic z tego nie wynika. Zamiast pokoleniowej traumy i rozprawy nad zgubnością zemsty, dostajemy miałki romans bohaterów niemalże pozbawionych charakteru.
Małżeństwo z Isabellą, które złamało kilka życiorysów, zostaje tu sprowadzone do droczenia się z ukochaną Cathy na poziomie naburmuszonego gimnazjalisty, a przemoc domowa staje się... kiczowatym BDSM. Postać Isabelli, w książce tak tragiczna, zostaje upodlona i wykreowana na karykaturę tego, jak konserwatyści postrzegają kobiety zaczytujące się w dark romansach. Edgar Linton nie posiada żadnej osobowości, a Nelly jakichkolwiek motywacji, przez co zamiast pełnoprawnych postaci, służą jako wytrychy fabularne, na których jakkolwiek fundamentalne rozwinięcie zabrakło miejsca w scenariuszu. Efekt jest taki, że widz nieznający książki nie wie o tych postaciach zupełnie nic. Filmowe "Wichrowe wzgórza" mają swój pierwowzór w najgłębszym poważaniu, a jednocześnie bez niego nie potrafią stać na własnych nogach (czyli klasyczne fanfiction).
i
Piękna wydmuszka i dużo hałasu o nic
Na pochwałę zasługują przepiękne kostiumy (nieadekwatne do epoki, ale "Wichrowe wzgórza" to nie film historyczny) i scenografie, choć nie sposób nie odnieść wrażenia, że Emerald Fennell naoglądała się gustownych sesji zdjęciowych do Vogue'a i zapragnęła nakręcić coś fancy i ładnego, zapominając, że film winien posiadać jeszcze jakąś treść. Ktoś porównał estetykę "Wichrowych wzgórz" do "Biednych istot" i podobieństwa są wprawdzie dostrzegalne, niemniej w dziele Yórgosa Lánthimosa kostiumy i scenografie współgrały z opowieścią, były integralną częścią filmu, tutaj zaś... po prostu są. Tak, żeby był ładny obrazek, który odwróci naszą uwagę od miałkości scenariusza i faktu, że poza kolokwialnym "łubudubu" w wykonaniu Cathy i Heathcliffa Emerald Fennell nie ma nam niczego do zaoferowania.
"Wichrowe wzgórza" - czy warto wybrać się do kina?
Nowe "Wichrowe wzgórza" nie są adaptacją, a fanfikiem, w dodatku bardzo letnim. Reżyserka nęci nas i uwodzi, a ostatecznie kończy jako przysłowiowy "erotoman gawędziarz", który dużo gada i obiecuje, a niewiele robi. Gdy kampanię promocyjną porównamy z produktem, który nam dostarczono, filmowe igraszki Cathy i Heathcliffa jawią się niczym pruderyjna cnotka, która udaje rozpustnicę, byle tylko zyskać odrobinę atencji. Jeśli zatem cenicie swój czas i pieniądze, a na domiar "złego" czytaliście książkę, darujcie sobie wycieczkę do kina. Szkoda waszych nerwów i funduszy. A jak macie ochotę na fanfiction, to odpalcie lepiej AO3 czy Wattpada, tam bowiem znajdziecie chociaż "mięso", tu zaś poczujecie wyłącznie smak naturalnego tofu wyciągniętego prosto z plastikowej torebki.
PS: filmu nie ratują też aktorstwo (choć jest przyzwoite, a chemia pomiędzy Margot Robbie i Jacobem Elordim jest silnie odczuwalna) i muzyka, która pasuje tu jak wół do karety. Ocena: 3/10.
Spis treści