Jak Euronymous wykorzystał samobójstwo Deada?
Scena norweskiego black metalu widziała wiele mrocznych i szokujących historii, jednak niewiele z nich może równać się z dramatem, który rozegrał się 10 sierpnia 1991 roku. Tego dnia Ørn Ívar Thornhill, znany szerzej jako Euronymous, lider i gitarzysta Mayhem, stanął twarzą w twarz z ciałem swojego wokalisty, Pera Yngve Ohlina, noszącego pseudonim Dead. Zanim w jego głowie pojawiła się myśl o policji, chwycił za aparat, by uwiecznić makabryczną scenę. To był jednak dopiero początek upiornego spektaklu. Euronymous pozbierał fragmenty roztrzaskanej czaszki kolegi, planując przerobić je na naszyjniki. W jego chorej wizji miały stać się relikwiami dla elity blackmetalowej sceny. Ten jeden, bluźnierczy akt na zawsze wyrył wizerunek Mayhem w annałach muzyki jako zespołu, dla którego nie istniały żadne granice.
Zdjęcie zwłok na okładce płyty „Dawn of the Black Hearts”
Zdjęcie, które zrobił Euronymous, nie miało pozostać w szufladzie. Zanim wylądowało na okładce kultowego, choć nieoficjalnego wydawnictwa, krążyło w muzycznym podziemiu niczym mroczna pocztówka, wymieniana między fanami i traderami kaset. Ostatecznie w 1995 roku fotografia trafiła na front bootlegowego albumu koncertowego „Dawn of the Black Hearts” i na stałe zapisała się jako jedna z najbardziej chorych i kontrowersyjnych okładek w dziejach muzyki. Utrwalił się tym samym obraz kapeli, dla której szok i profanacja stanowiły ścieżkę dźwiękową równorzędną z samą muzyką. Śmierć kolegi z zespołu stała się paliwem do budowy legendy, która do dziś mrozi krew w żyłach.
Mroczna historia Deada, wokalisty Mayhem
Gdy w 1988 roku Per Yngve Ohlin dołączył do Mayhem, stał się iskrą, która rozpaliła piekielny ogień i nadała zespołowi unikalny, ekstremalny charakter. Jego obsesja na punkcie śmierci i rozkładu nie była tanim scenicznym chwytem. Dead autentycznie żył tą fascynacją, co słychać było w każdym wykrzyczanym słowie i widać w każdym geście na scenie. Zainspirowany deathmetalową kanonadą z Florydy, pociągnął brzmienie Mayhem w stronę dzikiego, surowego black metalu, który wkrótce stał się wizytówką całej norweskiej sceny. Jego gardłowy wokal rozrywa głośniki na kultowym „Deathcrush”, a teksty pokroju „Ghoul” to już żelazny kanon gatunku.
List samobójczy na okładce singla
Demoniczna otchłań, w której pogrążał się wokalista, nie była jednak dla nikogo tajemnicą. Zespół doskonale zdawał sobie sprawę z jego problemów, czego dowodem może być umieszczenie fragmentu listu Deada na opakowaniu singla „Freezing Moon”. Wokalista opisywał w nim swój stan psychiczny, co z dzisiejszej perspektywy brzmi jak ponure preludium do tragedii z sierpnia 1991 roku. Jego samobójstwo zamknęło krótki, ale piekielnie wpływowy rozdział w historii zespołu, stając się jednocześnie kamieniem węgielnym pod budowę jednego z najmroczniejszych mitów w muzyce metalowej.
Prawda o naszyjnikach z czaszki Deada
Historia o naszyjnikach z czaszki Deada, choć krąży po scenie niczym refren kultowego kawałka, wciąż pozostaje jedynie w sferze niepotwierdzonej legendy. Euronymous chełpił się swoim trofeum w wywiadach i listach, reklamując nawet makabryczne pamiątki w swoim osławionym sklepie muzycznym Helvete w Oslo, który był sercem norweskiej sceny. Do dziś jednak nie poznaliśmy listy rzekomych właścicieli tych upiornych artefaktów, a żaden muzyk nigdy publicznie nie przyznał się do posiadania takiego trofeum. Wielu podejrzewa, że była to po prostu cyniczna zagrywka marketingowa, mająca na celu podbicie i tak już ekstremalnego wizerunku Euronymousa i skupionej wokół niego ekipy.
Jak Varg Vikernes zamordował Euronymousa
W tej opowieści nie ma happy endu. Sam Euronymous padł ofiarą morderstwa 10 czerwca 1993 roku, a cios zadał mu Varg Vikernes, znany lepiej jako Count Grishnackh z zespołu Burzum. Jego śmierć była niczym ostatni, brutalny akord, który zamknął pewien rozdział w historii black metalu, pozostawiając po sobie spuściznę pełną kontrowersji i mitów. Opowieść o czaszce Deada, uwieczniona na okładce „Dawn of the Black Hearts”, stała się mrożącym krew w żyłach symbolem sceny, która w szaleńczym pędzie za ekstremą zatarła granicę między prowokacją a realną profanacją. W końcu, gdy igrasz z ogniem, czasem sam stajesz się popiołem.