Historia twórców „This Is Spinal Tap”, jednego z najświętszych graali w rockowej kinematografii, przez ponad trzy dekady brzmiała jak kiepski dowcip. Mimo statusu absolutnej legendy i zysków, które film generował na całym świecie, jego autorzy w latach 1984-2006 zobaczyli na koncie zaledwie 81 dolarów z gadżetów i 98 dolarów ze sprzedaży muzyki. Taka kwota ledwo starczyłaby na kostki do gitary. Ta szokująca dysproporcja stała się iskrą zapalną dla wieloletniej batalii sądowej, gdy w 2016 roku Harry Shearer, czyli filmowy basista Derek Smalls, postanowił wytoczyć najcięższe działa przeciwko korporacyjnemu gigantowi Vivendi, oskarżając go o stosowanie kreatywnej księgowości i celowe topienie dochodów w morzu biurokracji. Korzenie tej absurdalnej sagi sięgają 1982 roku, kiedy podpisano umowę produkcyjną z Embassy Pictures. Kontrakt brzmiał jak rockowy hymn, gwarantując twórcom aż 40% udziału w zyskach netto ze wszystkich możliwych źródeł, od muzyki po koszulki. Niestety, w 1989 roku stery przejął koncern Vivendi i melodia diametralnie się zmieniła. Według twórców, wtedy właśnie rozpoczęła się „celowa i oszukańcza kampania ukrywania lub zaniżania przychodów filmu”, której jedynym celem było uniknięcie wypłaty należnych im pieniędzy. Frustracja, która przez lata fermentowała za kulisami, w końcu eksplodowała z pełną mocą na scenie sądowej.
Prawna kanonada rozpoczęła się 17 października 2016 roku, gdy Harry Shearer złożył pozew opiewający na 125 milionów dolarów odszkodowania. To był jednak dopiero pierwszy riff tej sądowej epopei. W lutym 2017 roku zespół zebrał się w pełnym składzie, bo do sprawy dołączyli pozostali architekci sukcesu „This Is Spinal Tap”, czyli Christopher Guest (Nigel Tufnel), Michael McKean (David St. Hubbins) i reżyser Rob Reiner. Zjednoczeni twórcy podbili stawkę do zawrotnych 400 milionów dolarów. Ich celem nie było już tylko odzyskanie pieniędzy, ale przede wszystkim udowodnienie oszustwa i odzyskanie praw do własnej legendy. Walka toczyła się jednak o coś więcej niż gotówkę. Kluczowym elementem sporu stała się próba odzyskania praw autorskich do filmu, postaci i, co najważniejsze, muzyki. Twórcy wykorzystali furtkę w amerykańskim prawie, które w określonych okolicznościach pozwala na rozwiązanie umów po 35 latach. Był to strategiczny ruch, który miał im przywrócić pełną kontrolę nad dziedzictwem, jakie stworzyli. W trakcie procesu na liście oskarżonych wylądowała także wytwórnia Universal Music Group, której oddział Polydor odpowiadał za wydanie kultowej ścieżki dźwiękowej.
Po czterech latach intensywnych zmagań, które przypominały wyczerpującą trasę koncertową po salach sądowych, w grudniu 2020 roku wybrzmiał finałowy akord. Strony osiągnęły kompleksowe porozumienie pozasądowe, którego szczegółowe warunki owiane są tajemnicą, ale finał tej walki okazał się bezdyskusyjnym zwycięstwem artystów. Ugoda zakończyła okres niepewności i otworzyła zespołowi zupełnie nowy rozdział, będąc zwieńczeniem serii mniejszych porozumień dotyczących praw do muzyki i merchandisingu, zawartych w latach 2019 i 2020. To właśnie odzyskanie pełnej kontroli nad swoją spuścizną umożliwiło twórcom powrót, na który fani czekali od dekad. Efektem wygranej batalii jest sequel „Spinal Tap II: The End Continues”, który swoją premierę miał w tym roku. Jego powstanie to najlepszy dowód na siłę artystycznej determinacji. Film, w którym gościnnie pojawili się tacy giganci jak Paul McCartney, Elton John czy Garth Brooks, pokazał, że nawet po latach walki Spinal Tap wciąż potrafi zagrać z prawdziwym pazurem. Okazało się, że czasem, by podkręcić wzmacniacz na jedenaście, trzeba najpierw wygrać bitwę z księgowymi.