Genialny nastolatek i domowa prowizorka w sypialni
W 1971 roku Mike Oldfield miał zaledwie 18 lat i głowę pełną dźwięków, których nikt wcześniej nie słyszał. Chłopak zmagał się z poważnymi stanami lękowymi i atakami paniki po eksperymentach z narkotykami, a tworzenie muzyki było dla niego jedyną formą autoterapii. Pierwsze szkice swojego wielkiego dzieła nagrywał w małym mieszkaniu w Tottenhamie, używając zwykłego magnetofonu szpulowego, w którym głowicę kasującą zablokował kawałkiem kartonu i taśmy klejącej. Ta domowa technika pozwoliła mu na nakładanie kolejnych instrumentów na tę samą taśmę, co tworzyło ogromny szum, ale dawało obraz całości. Kiedy jednak gotowe demo trafiło do wielkich wytwórni płytowych, takich jak EMI czy CBS, Oldfield usłyszał tylko odmowy. Wydawcy nie potrafili zrozumieć, jak mają sprzedać 50-minutowy utwór bez perkusji i bez wokalu, który nie pasował ani do radia, ani do ówczesnych standardów rocka.
Richard Branson i narodziny Virgin Records w The Manor
Ratunek przyszedł ze strony Richarda Bransona, który w tamtym czasie prowadził mały sklep wysyłkowy z płytami. Branson i jego wspólnik Simon Draper kupili starą posiadłość The Manor i przerobili ją na jedno z pierwszych profesjonalnych studiów nagraniowych, gdzie Oldfield dostał tydzień darmowego czasu na pracę. Ponieważ żadna duża firma nadal nie chciała dystrybuować tego materiału, Branson zdecydował się zaryzykować wszystko i założyć własną wytwórnię – Virgin Records. Płyta "Tubular Bells" została wydana 25 maja 1973 roku jako pierwsza pozycja w katalogu firmy z numerem V2001. Podczas sesji dochodziło do nietypowych zdarzeń, jak choćby uderzenie w dzwony rurowe ciężkim kowalskim młotem. Oldfield uznał, że zwykłe pałki dają zbyt cichy dźwięk, a potężne uderzenie sprawiło, że instrument pękł, co nadało mu charakterystyczne, lekko zniekształcone brzmienie słyszalne na nagraniu.
Polecany artykuł:
Jak William Friedkin zrobił z Mike'a Oldfielda gwiazdę horroru?
Płyta mogłaby pozostać jedynie ciekawostką dla koneserów, gdyby nie przypadek i wizyta reżysera Williama Friedkina w biurze dystrybutora w USA. Reżyser pracował właśnie nad montażem "Egzorcysty" i szukał czegoś, co zastąpiłoby zbyt agresywną muzykę Lalo Schifrina. Na biurku szefa wytwórni Atlantic leżała kopia testowa "Tubular Bells". Gdy Friedkin usłyszał hipnotyzujący, fortepianowy motyw z początku albumu, natychmiast uznał, że to idealna ścieżka dźwiękowa do walki z demonem. Mimo że Oldfield nigdy nie planował, by jego muzyka kojarzyła się ze strachem, wykorzystanie jej w filmie wywindowało sprzedaż w kosmos.
Dzięki Egzorcyście ta muzyka trafiła do ludzi, którzy nigdy by po nią nie sięgnęli – przyznał po latach Mike Oldfield w rozmowie z BBC
Wybór Friedkina okazał się strzałem w dziesiątkę, a "Tubular Bells" zaczęło znikać ze sklepowych półek w tempie, którego nikt się nie spodziewał. W USA album dotarł na sam szczyt listy Billboard 200, a w Wielkiej Brytanii utrzymywał się w zestawieniach przez ponad 5 lat, co było wynikiem absolutnie rekordowym. Płyta zdobyła nagrodę Grammy i do dziś sprzedała się w nakładzie przekraczającym 15 milionów egzemplarzy.
Szantaż z Bentleyem i potężne zyski budujące potęgę Virgin
Sukces komercyjny nie oznaczał, że życie Oldfielda stało się łatwiejsze, bo muzyk nadal panicznie bał się występów publicznych. Przed pierwszym koncertem promującym płytę Mike doznał tak silnego ataku paniki, że zamknął się w samochodzie i kategorycznie odmówił wejścia na scenę w Queen Elizabeth Hall. Richard Branson musiał uciec się do nietypowego przekupstwa i obiecał mu kluczyki do swojego ukochanego, luksusowego Bentleya w zamian za zagranie występu. Oldfield wziął auto, zagrał koncert z pomocą takich gwiazd jak Mick Taylor z The Rolling Stones i ostatecznie stał się bardzo bogatym człowiekiem. To właśnie gigantyczne pieniądze zarobione na dzwonach pozwoliły Bransonowi stworzyć potężną grupę kapitałową, obejmującą później nawet linie lotnicze Virgin Atlantic. Sam miliarder wielokrotnie powtarzał, że bez tego jednego albumu jego biznesowe imperium nigdy by nie powstało.
Pijany kamerdyner i warczenie jaskiniowca na płycie
Warto wspomnieć o charakterystycznych głosach i dźwiękach, które do dziś intrygują słuchaczy na całym świecie. Pod koniec pierwszej części płyty słyszymy głos zapowiadający kolejne instrumenty, który należy do Viviana Stanshalla. Muzyk był wtedy kompletnie pijany i wpadł do studia w przerwie własnej sesji, by na prośbę Oldfielda udawać eleganckiego mistrza ceremonii. Z kolei mroczne warczenie i krzyki pod koniec albumu, znane jako sekcja "Człowieka z Piltdown", były wynikiem buntu nastoletniego kompozytora. Wytwórnia domagała się, aby na płycie pojawił się jakikolwiek śpiew, więc poirytowany Oldfield wypił pół butelki whisky i wykrzyczał do mikrofonu swoje niezadowolenie, naśladując jaskiniowca. To pokazuje, że mimo ogromnego sukcesu finansowego, debiut Oldfielda pozostał dziełem bardzo osobistym, dziwnym i absolutnie bezkompromisowym.
Polecany artykuł: