Eno nagrał ich manifest. Gitarę strojono nożem, a koncerty były "dźwiękowym terrorem"
Pod koniec lat 70., gdy punk rock powoli wymieniał agrafki na markowe ciuchy i zaczynał niebezpiecznie flirtować z komercją, w artystycznym kotle Dolnego Manhattanu wybuchła soniczna rewolta. Scena No Wave była krótkotrwałym, lecz porażająco intensywnym zjawiskiem, stanowiącym brutalną antytezę dla swojego bardziej przystępnego kuzyna, new wave'a. Jej twórcy z pogardą odrzucili konwencjonalne formy muzyczne, rzucając się w wir ekstremalnego hałasu, atonalności i totalnej dekonstrukcji dźwięku. Zamiast chwytliwych melodii i regularnych rytmów, artyści No Wave postawili na surową fakturę i konfrontacyjną energię, tworząc muzykę, która wbijała się w uszy jak zardzewiały gwóźdź. To był świadomy, artystyczny nihilizm, którego jedynym celem było rozerwanie rockandrollowego podręcznika na strzępy. Iskrą, która podpaliła ten artystyczny lont, był pięciodniowy festiwal zorganizowany w maju 1978 roku w galerii Artists Space. To właśnie tam przez scenę przewinęła się cała dziesiątka najważniejszych lokalnych wichrzycieli, w tym The Contortions, Teenage Jesus and the Jerks, Mars oraz DNA. Wśród publiczności znaleźli się nie tylko wpływowi krytycy z „The New York Times” i „Village Voice”, ale też sam Brian Eno, który akurat produkował drugi album Talking Heads. Wydarzenie nie tylko zdefiniowało brzmienie No Wave, ale również zademonstrowało swój konfrontacyjny pazur, czego najlepszym dowodem była awantura, w której James Chance z The Contortions postanowił osobiście „wytłumaczyć” parę kwestii krytykowi Robertowi Christgauowi podczas swojego występu.
Kim Gordon to ujęła najlepiej. Punk żartował, No Wave niszczyło rocka na serio
Absolutnie zahipnotyzowany bezkompromisową energią, której był świadkiem w Artists Space, Brian Eno postanowił zamknąć tego dzikiego dżina w butelce, a raczej w rowkach winylowej płyty. Tak narodziła się kompilacja „No New York” z 1978 roku, która stała się swoistą biblią ruchu i, jak głosi legenda, ochrzciła go jego własnym imieniem. Album zawierał utwory czterech czołowych formacji sceny i został nagrany w surowy, niemal dokumentalny sposób. Jak wspominał James Chance, jego zespół wparował do studia i nagrał wszystko na setkę, bez studyjnych sztuczek i dogrywek, co idealnie oddawało chaotycznego ducha ich koncertów. Nawet przypadkowy projekt okładki, zrobiony przez Eno w World Trade Center, oraz niemożliwe do odczytania teksty na wkładce, były idealnym dopełnieniem nihilistycznego manifestu No Wave. Wykonawcy związani ze sceną przesuwali granice tego, co w ogóle można nazwać muzyką i scenicznym występem, z impetem burząc każdy mur. Lydia Lunch, charyzmatyczna liderka Teenage Jesus and the Jerks, serwowała dziesięciominutowe sety, składające się z serii dwudziestosekundowych dźwiękowych pocisków, które sama określała mianem „dźwiękowego terroru”. Arto Lindsay, gitarzysta DNA, z rozbrajającą szczerością chełpił się, że nie zna ani jednego akordu, a do gry używał noża lub butelki, twierdząc, że szkło daje najlepszy dźwięk. Z kolei James Chance, wyrzucony wcześniej przez Lunch za bycie „zbyt zabawnym”, przekuł swoją energię w agresywny, niemal zwierzęcy performance z The Contortions, posuwając się nawet do samookaleczenia na scenie, byle tylko dać do myślenia menedżerowi klubu.
Polecany artykuł:
Chociaż scena No Wave była zjawiskiem, które oplatało swoimi mackami także kino, sztuki wizualne i modę, jej muzyczny puls bił krótko, ale z ogłuszającą siłą. Większość oryginalnych formacji spaliła się jasno i szybko, gasnąc na początku lat 80. Symbolicznym przekazaniem pałeczki okazał się dziewięciodniowy Noise Fest zorganizowany w 1981 roku przez Thurstona Moore’a, gdzie swoje pierwsze, hałaśliwe kroki stawiał zespół, który miał wkrótce zdefiniować brzmienie gitarowej alternatywy, czyli Sonic Youth. Echa tej sonicznej rewolucji odbijają się do dziś w twórczości gigantów noise rocka i post-punka, takich jak Sonic Youth, Swans, The Fall czy Einstürzende Neubauten. Jego chropowata estetyka rozlała się daleko poza muzyczne getto, infekując artystów pokroju Jeana-Michela Basquiata czy filmowca Jima Jarmuscha. Ruch ten stanowił ostateczne, brutalne zerwanie z rockową tradycją. Jak celnie ujęła to Kim Gordon z Sonic Youth, punk rock z przymrużeniem oka mówił o niszczeniu rocka, podczas gdy No Wave robił to na poważnie. Ta scena nie prosiła o uwagę, ona ją brutalnie wyrywała. I choć umarła, jej wrzask wciąż rozbrzmiewa w każdym zgrzytającym akordzie gitarowej alternatywy.