Podpalenia kościołów były tylko początkiem. Jak w zespole Mayhem doszło do brutalnego morderstwa?

2025-11-29 17:13

W historii muzyki istnieją nurty, które świadomie flirtują z mrokiem i kontrowersją. Jednak norweska scena blackmetalowa lat 90. przekroczyła niewyobrażalną granicę między sztuką a realnym terrorem. Antychrześcijański bunt przerodził się w serię podpaleń, a wewnętrzna rywalizacja skończyła się brutalnym morderstwem w najważniejszym zespole gatunku.

Mayhem

i

Autor: Materiały prasowe - Ester Segarra/ Materiały prasowe

Spalone kościoły i morderstwo w zespole. Prawdziwa historia Mayhem i norweskiego black metalu

Początek lat 90. w Norwegii wypalił na kartach historii muzyki piętno nie tylko ekstremalnym brzmieniem, ale przede wszystkim ogniem i krwią. To właśnie wtedy lokalna scena blackmetalowa, zjednoczona pod mrocznym sztandarem pionierów z Mayhem, z impetem przekroczyła cienką granicę między artystyczną prowokacją a realną, namacalną przemocą. Młodzieńczy, antychrześcijański bunt szybko przerodził się w serię podpaleń ponad 50 kościołów, a wewnętrzne konflikty doprowadziły do samobójstwa wokalisty i brutalnego morderstwa lidera grupy. Te wstrząsające wydarzenia na zawsze zdefiniowały black metal, odlewając go w formie jednego z najbardziej kontrowersyjnych gatunków w dziejach.

Zanim jednak doszło do tej erupcji chaosu, scena niczym wulkan nabierała mocy w lodowatych podziemiach Oslo i Bergen. Gitarowy fundament pod ten piekielny monolit położył zespół Mayhem, powołany do życia w 1984 roku przez Øysteina „Euronymousa” Aarsetha. Od samego początku czerpał on garściami z surowizny takich formacji jak Venom, Bathory czy Celtic Frost. Prawdziwe trzęsienie ziemi nastąpiło jednak w 1988 roku, gdy do składu dołączył szwedzki wokalista Per „Dead” Ohlin. Jego obsesja na punkcie śmierci, upiorny makijaż znany jako „corpse paint” i ekstremalne zachowania na scenie, łącznie z samookaleczeniami, wykreowały unikalny i autentycznie przerażający wizerunek zespołu.

Polska black metalem stoi? Oto najlepsi przedstawiciele tego gatunku znad Wisły

Samobójstwo wokalisty Mayhem i narodziny "Wewnętrznego Kręgu". Witajcie w Helvete

Dla Deada fascynacja śmiercią nie była tanią, sceniczną kreacją. Była niemal misją. Wokalista, który jako dziecko po brutalnym pobiciu miał przeżyć śmierć kliniczną, poszukiwał autentyczności w każdym, nawet najbardziej makabrycznym geście. Potrafił zakopywać swoje ubrania w ziemi, by na scenie autentycznie pachnieć grobem, a podczas koncertu w 1990 roku bez wahania pociął sobie ramię rozbitą butelką. Ta mroczna spirala samozniszczenia znalazła swój tragiczny finał 8 kwietnia 1991 roku. Dead popełnił samobójstwo, podcinając sobie żyły i strzelając w głowę. Odpowiedź Euronymousa była równie makabryczna, co niewyobrażalna. Zamiast wezwać pomoc, sfotografował zwłoki kolegi, a miejska legenda głosi, że z fragmentów jego czaszki wykonał naszyjniki, które rozdał muzykom, jakich uznał za „godnych” tego trofeum.

Po śmierci Deada Euronymous namaścił się na niekwestionowanego lidera i ideologa całej sceny. Jego sklep muzyczny Helvete, otwarty w 1991 roku w Oslo, szybko przestał być zwykłym miejscem handlu płytami, a stał się mroczną mekką dla tak zwanego „Wewnętrznego Kręgu”. To właśnie w jego piwnicach miała się gromadzić elita norweskiego black metalu, rzekomo planując kolejne ataki na chrześcijańskie symbole. Wtedy też na scenę wkroczył Varg Vikernes z jednoosobowego projektu Burzum, zasilając szeregi Mayhem jako basista. Była to postać, która miała wkrótce pociągnąć za spust i doprowadzić do ostatecznego upadku pierwszego wcielenia zespołu.

Varg Vikernes spalił kościół Fantoft. Dlaczego potem zamordował lidera Mayhem?

Iskra padła w nocy 6 czerwca 1992 roku. Płomienie, które strawiły zabytkowy kościół Fantoft w Bergen, rozpętały prawdziwą burzę ogniową, jaka przetoczyła się przez Norwegię. W latach 1992-1996 odnotowano co najmniej 50 podobnych ataków, a cień podejrzenia w wielu sprawach padał na Varga Vikernesa. Muzyk nie tylko nie próbował się ukrywać, ale wręcz chełpił się swoimi czynami. Zdjęcie zgliszcz świątyni Fantoft trafiło prosto na okładkę EP-ki jego projektu Burzum, wymownie zatytułowanej „Aske”, czyli „Popioły”. Vikernes, który łączył antychrześcijańską nienawiść z pogańskim nacjonalizmem, tłumaczył, że ogień był zemstą za zniszczenie przez chrześcijan pogańskich świątyń i grobów wikingów setki lat wcześniej.

Iskry lecące między dwoma filarami sceny musiały w końcu rozpalić pożar, który pochłonął jednego z nich. Krwawy finał tej rywalizacji nadszedł 10 sierpnia 1993 roku. Tego dnia Varg Vikernes zamordował Euronymousa w jego własnym mieszkaniu w Oslo, zadając mu 23 ciosy nożem. Chociaż Vikernes po dziś dzień utrzymuje, że działał w samoobronie, ponieważ Euronymous rzekomo planował go torturować, sąd nie dał wiary jego wyjaśnieniom. Wyrok był maksymalny w norweskim prawie: 21 lat więzienia za morderstwo i podpalenie trzech kościołów. Ta brutalna zbrodnia była gwoździem do trumny pewnej ery, pozostawiając całą scenę w totalnym szoku i rozsypce.

Morderca gra z ofiarą. Ostatni album Mayhem, który stał się legendą

Jak na ironię, to właśnie po śmierci swojego lidera Mayhem wydał album, który stał się jego opus magnum. „De Mysteriis Dom Sathanas”, opublikowany w 1994 roku, to płyta-pomnik, na której wybrzmiały ostatnie gitarowe riffy Euronymousa i mroczne teksty autorstwa Deada. Krążek ten stał się kamieniem węgielnym całego gatunku. Przemoc jednak nie ograniczała się do wewnętrznych porachunków w Mayhem. Inni muzycy również mieli krew na rękach. Bård „Faust” Eithun, perkusista Emperor, w 1992 roku zamordował przypadkowego mężczyznę, za co trafił za kraty na 14 lat.

Norweska scena blackmetalowa z lat 90. pozostaje do dziś absolutnym fenomenem, w którym muzyka zrosła się z ideologią i realnym terrorem w jeden nierozerwalny, krwawy splot. To opowieść o buncie, który wymknął się spod kontroli i przerodził w spiralę nienawiści, fascynując i przerażając kolejne pokolenia słuchaczy. Chociaż sądowe wyroki zamknęły ten najbardziej radykalny rozdział, mroczna legenda Mayhem i „Wewnętrznego Kręgu” już na zawsze pozostanie w annałach muzyki. To potężna przestroga, która pokazuje, jak cienka potrafi być granica między ekstremalną sztuką a czystym, destrukcyjnym szaleństwem.