Producent domagał się zapychacza. Dlaczego płyta Black Sabbath była za krótka?
W czerwcu 1970 roku zespół Black Sabbath wszedł do londyńskich Regent Sound Studios, aby zarejestrować materiał na swój drugi album. Grupa pracowała bardzo sprawnie, nagrywając większość utworów metodą na setkę, czyli grając wspólnie na żywo w studiu. Kiedy muzycy uznali, że praca jest skończona, producent Rodger Bain przekazał im chłodną wiadomość. Okazało się, że gotowy materiał jest zbyt krótki, by wypełnić standardową płytę winylową. Ówczesne wymogi wydawnicze zakładały, że album LP powinien trwać około 40 minut, a Sabbathom brakowało mniej więcej 3 lub 4 minut muzyki.
Bain postawił sprawę jasno i zażądał skomponowania na poczekaniu jednego, krótkiego i wpadającego w ucho utworu, który dopełniłby stronę winyla. Muzycy nie byli zachwyceni tą perspektywą, ponieważ ich dotychczasowy styl opierał się na długich, mrocznych i skomplikowanych kompozycjach, takich jak "War Pigs" czy "Iron Man". Nie mieli przygotowanych żadnych innych kawałków, a presja czasu była ogromna. Nikt nie przypuszczał, że wymuszony przez producenta zapychacz stanie się ich największym sukcesem komercyjnym w całej karierze.
Riff wymyślony w przerwie na piwo. Jak Tony Iommi stworzył fundament metalu?
Podczas gdy Ozzy Osbourne, Geezer Butler i Bill Ward postanowili zrobić sobie przerwę i wyszli do pobliskiego pubu, Tony Iommi został sam w studiu. Gitarzysta zaczął bezwiednie brzdąkać na swojej gitarze, szukając prostego i dynamicznego motywu. W ten sposób narodził się słynny riff oparty na technice staccato w tonacji E-moll. Gdy reszta zespołu wróciła z lokalu, Iommi zaprezentował im swój pomysł. Początkowo miał on pewne obawy, czy riff nie jest zbyt prosty lub zbyt podobny do wczesnych dokonań Led Zeppelin, ale koledzy z grupy natychmiast wyczuli w nim ogromny potencjał.
Geezer Butler, który w zespole odpowiadał za pisanie tekstów, usiadł w kącie z kartką i ołówkiem. Napisanie słów zajęło mu dosłownie kilkanaście minut, podczas gdy Ozzy Osbourne czekał już przy mikrofonie. Cały proces twórczy, od pierwszego uderzenia w struny przez Iommiego, aż do momentu, w którym zespół był gotowy do nagrania, zajął około 25 minut. Było to tempo ekspresowe, zwłaszcza biorąc pod uwagę fakt, że utwór ten na zawsze zmienił oblicze muzyki rockowej i stał się inspiracją dla tysięcy kapel grających metal, punk czy thrash.
Pomyłka medyczna w tekście. Dlaczego "Paranoid" opowiada o depresji?
Ciekawostką jest fakt, że tytuł piosenki oraz jej tekst wynikają z drobnego nieporozumienia terminologicznego. Geezer Butler chciał napisać o swoim stanie psychicznym, walce z wyobcowaniem i głębokim smutku, którego wówczas doświadczał. Jak sam przyznał po latach, nie znał wtedy dokładnej różnicy medycznej między depresją a paranoją. Użył słowa paranoid, myśląc, że opisuje ono kogoś, kto nie potrafi odnaleźć radości w życiu i czuje się odizolowany od reszty świata. Widać to wyraźnie w tekście, gdzie wokalista śpiewa o tym, że ludzie się śmieją, a on płacze.
Skończyliśmy album i producent powiedział, że potrzebujemy jeszcze jednej piosenki, żeby płyta miała odpowiednią długość. Tony wymyślił riff, ja napisałem tekst, a Ozzy go zaśpiewał, czytając z kartki, którą mu podałem – wspomniał Geezer Butler w rozmowie z dziennikarzami
Nagranie przebiegło błyskawicznie. Osbourne stanął przed mikrofonem i zaśpiewał utwór od razu, nie mając nawet czasu na nauczenie się tekstu na pamięć. Do piosenki dodano też eksperymentalne solo gitarowe, które Tony Iommi zagrał przy użyciu nowinki technicznej, czyli modulatora kołowego. Inżynier dźwięku po prostu podłączył gitarę do nowego urządzenia, a surowe, nieco kosmiczne brzmienie tak spodobało się producentowi, że zostało w ostatecznym miksie bez żadnych poprawek.
Różowy facet z mieczem na okładce. Dlaczego grafika nie pasuje do tytułu albumu?
Pośpiech i nagła zmiana planów doprowadziły do jednej z najbardziej absurdalnych sytuacji w historii rockowych okładek. Pierwotnie drugi album Black Sabbath miał nazywać się "War Pigs" (Świnie Wojny), co miało być komentarzem do trwającej wówczas wojny w Wietnamie. Oprawa graficzna została zaprojektowana właśnie pod ten tytuł i przedstawiała rozmazaną postać z mieczem i tarczą, ubraną w różowe rajtuzy, która wyskakuje zza drzewa. Kiedy jednak wytwórnia Vertigo Records usłyszała utwór "Paranoid", uznała, że ma on ogromny potencjał na hit i nakazała zmianę nazwy całej płyty.
Dodatkowym powodem była obawa przed bojkotem w USA ze względu na pacyfistyczny wydźwięk tytułu "War Pigs". Problem polegał na tym, że nie było już czasu ani budżetu na przygotowanie nowej grafiki. W efekcie album zatytułowany "Paranoid" został wydany z okładką przedstawiającą różowego wojownika, co kompletnie nie pasuje do treści piosenki o depresji. Mimo tego wizualnego zgrzytu płyta stała się gigantycznym sukcesem, a sam singiel dotarł do 4. miejsca brytyjskiej listy przebojów, czyniąc z Sabbathów gwiazdy pierwszej wielkości.
Zagadka utworu "Get Down". Czy słynny riff to plagiat?
Wokół "Paranoid" narosło przez lata wiele legend, w tym ta o rzekomym zapożyczeniu głównego riffu. Krytycy muzyczni wskazują na uderzające podobieństwo do piosenki "Get Down" garażowego zespołu Half Life z Detroit, która ukazała się w 1969 roku, czyli rok przed nagraniem Sabbathów. Struktura rytmiczna obu utworów jest niemal identyczna, co dla wielu fanów teorii spiskowych jest dowodem na plagiat. Większość historyków muzyki uważa jednak, że to po prostu niesamowity zbieg okoliczności, ponieważ szanse na to, by Tony Iommi w 1970 roku usłyszał niszowy singiel z Michigan, były praktycznie równe zeru.