W 1975 roku światło dzienne ujrzał dziesiąty już studyjny album Fleetwood Mac. Z wielu względów był on jednak postrzegany jako nowe otwarcie w zespole. Jego skład rok wcześniej, obok Micka Fleetwooda, Johna McVie i Christine McVie, uzupełnili wokalistka i autorka tekstów Stevie Nicks oraz gitarzysta i wokalista Lindsey Buckingham.
To w takim kształcie formacja nagrała i wydała zatytułowany po prostu eponimem, album. Płyta zaprezentowała nowe, bardziej popowo-rockowe brzmienie i w końcu zapewniła Fleetwood Mac tak wyczekiwany przełom. Wydawnictwo dotarło do pierwszego miejsca w Stanach Zjednoczonych i wylansowało kilka przebojów. Sukces miał jednak swoją cenę, która odbiła się na prywatnym życiu członków grupy.
Jak prywatne dramaty przekłuć w muzyczne arcydzieło?
Wszystko zaczęło się psuć w 1974 roku. To wtedy rozpadło się małżeństwo Christine i Johna, kryzys w związku, zakończony ostatecznie rozstaniem, przeżywali także Stevie i Lindsey. Jakby tego wszystkiego było mało, rozwiódł się też Mick, który dodatkowo... wdał się w romans ze Stevie! Atmosfera w Fleetwood Mac była więc, delikatnie mówiąc, toksyczna. Najpewniej chcąc sobie jakoś z tym wszystkim poradzić, cała piątka nie stroniła od alkoholu i substancji psychoaktywnych. Sama grupa była też pod stałym okiem mediów, które pisały o jej członkach naprawdę nieprawdopodobne rzeczy, przypisując Christine ciężką chorobę, Nicks i Buckinghanowi posiadanie sekretnej córki, czy w końcu opisując planowany powrót Petera Greena do składu.
Do tego dochodziła jeszcze presja wytwórni i menedżerów, aby nagrać kolejną płytę i to najlepiej tak dobrą, jak poprzedniczka - a nawet jeszcze lepszą. Nie bacząc na wszystko wyżej opisane, zespół naprawdę wszedł do studia - i tam właśnie, przez dźwięki, teksty, emocje i sztukę, próbował rozwiązać swoje problemy.
Na głównie miejsce nagrań wybrano The Record Plant, a zespół zamieszkał w jego pobliżu. Pieczę nad wszystkimi pracami postanowił przejąć Lindsey, który chciał jeszcze bardziej, niż na "Białym Albumie", pójść w brzmienie popowe i stopował bluesowe nastroje Micka i Johna. Szybko dołączyła do niego Christine - uznaje się, że to ta dwójka dała podwaliny pod stylistykę wydawnictwa. W samym zespole działo się jednak coraz gorzej - muzycy nie spędzali ze sobą czasu, a sesje nagraniowe były przeciągane w nieskończoność, przez co rosły ich koszta.
Mick zaproponował więc, by zagrać kilka koncertów, oderwać trochę głowę. Tak też się stało, a po tym grupa wróciła do studia, już jednak w Los Angeles. Tam jednak okazało się, że taśmy zarejestrowane w Sausalito nie są w najlepszym stanie. Pozostałe występy zostały odwołane, aby skupić się na pracach nad płytą, do tego przesunięto jej pierwotną datę premiery.
Album, który zmienił muzykę
Wszystko to wyżej opisane brzmi jak gotowy scenariusz na porażkę. Rzecz w tym, że w tym całym chaosie grupa stworzyła prawdziwe, muzyczne arcydzieło i na końcowych etapach prac była już nawet sama o tym przekonana.
Niejako w formie prztyczka w nos Fleetwood Mac zatytułowali swój jedenasty studyjny album słowem Rumours (pol. "Plotki). Po komplikacjach ukazał się on 4 lutego 1977 roku, a już dwa miesiące wcześniej wypuszczono pierwszy promujący całość singiel, Go Your Own Way. Oczekiwania były ogromne, a szybko po premierze stało się jasne, że mamy do czynienia z wielkim sukcesem, tak krytycznym, jak i komercyjnym. Wydawnictwo dotarło śladem poprzedniego na pierwsze miejsce listy "Billboard 200", gdzie spędziło imponujące 31. tygodni! Stało się także pierwszym w karierze zespołu, które osiągnęło szczyt w Wielkiej Brytanii. Nie było więc dużym zdziwieniem, gdy Rumours otrzymało nominację do nagrody Grammy w kategorii 'Album Roku', a finalnie udało mu się zdobyć prestiżową statuetkę.
Dziś Rumours to płyta absolutnie legendarna, uniwersalna pod względem tak brzmieniowym, jak i tekstowym. Do projektu chętnie wracają i doceniają kolejne pokolenia słuchaczy. "Opus magnum" Fleetwood Mac i jeden z albumów wszech czasów w ogóle - co skrywa?
Sprawdź poniżej!