Michael Gira chciał, byś poczuł się jak na LSD. Koncerty Swans miały rozpuszczać ego
Koncerty Swans to nigdy nie były zwykłe gigi. To były raczej soniczne rytuały, testy wytrzymałości dla ciała i ducha. Michael Gira, mózg i serce formacji, z premedytacją dzierżył głośność niczym instrument, za pomocą którego wprowadzał publiczność w stan niemal mistycznego transu. Jego celem nie było zwykłe granie muzyki, a zabranie słuchaczy w duchową podróż. Przytłaczający walec dźwięku i hipnotyczna repetycja miały skruszyć ego, doprowadzić do zaniku jaźni i osiągnięcia transcendencji. Drżenie całego ciała czy nawet omdlenia wśród publiczności nie były wypadkiem przy pracy. Stanowiły zamierzony element tej filozofii, w której człowiek miał dosłownie rozpuścić się w ścianie dźwięku.
Skąd w ogóle wziął się ten radykalny pomysł? Korzenie tej sonicznej krucjaty sięgają młodzieńczych eksperymentów Gira z LSD, które lider Swans opisywał jako doświadczenie totalnego rozpuszczenia własnego ego. Tę samą ideę postanowił przenieść na scenę, traktując potężny dźwięk jako medium do osiągnięcia podobnego stanu, tym razem bez chemicznego wspomagania. Gira wielokrotnie podkreślał, że jego celem jest tkanie muzyki tak gęstej i pochłaniającej, by on sam i każdy słuchacz mogli na chwilę po prostu zniknąć. Ten stan porównywał do „pięknej, bezinteresownej miłości seksualnej”, rzucając wprost, że „właśnie tam mieszka Bóg”. W ten sposób brutalistyczna estetyka Swans zyskała głęboko duchowy wymiar.
Fani mdleli, a dziennikarze czuli mdłości. Brutalna siła koncertów Swans
Dowody na skuteczność tej metody? Wystarczy wsłuchać się w opowieści tych, którzy przetrwali spotkanie ze Swans na żywo. Podczas zeszłorocznego koncertu w Manchesterze dwie osoby zemdlały, a pozostali uczestnicy czuli, jak włosy stają im dęba, i to nie z wrażenia, a pod wpływem drgającego w klubie powietrza. Takie doznania stały się wręcz znakiem rozpoznawczym występów kapeli. Jeden z dziennikarzy po koncercie w Portland w 2016 roku wspominał, jak przejścia między utworami, wypełnione huraganem czystego hałasu, wywołały u niego falę mdłości. To nie były błędy w sztuce, lecz celowy nokaut na zmysłach, zadany w imię bezkompromisowej artystycznej wizji.
Ta soniczna nawałnica nie oszczędzała nikogo, a już na pewno nie samych muzyków, którzy angażowali się w występy z ofiarnym oddaniem. Na tym samym koncercie w Portland perkusista Thor Harris tak długo i z taką furią uderzał w potężny gong, że publiczność zastanawiała się, czy jego ramiona to wytrzymają. Z kolei w Chicago, 30 września 2025 roku, podczas koncertu zapowiadanego jako ostatnia szansa na zobaczenie zespołu w pełnej krasie, siłę dźwięku opisywano jako „grawitacyjną w swojej intensywności”. To było przeżycie totalne, które wciągało ciało i umysł, ostatecznie potwierdzając, że Swans to zjawisko daleko wykraczające poza ramy zwykłej muzyki rockowej.
Michael Gira kończy z hałasem. Czy oskarżenia o gwałt zniszczyły jego duchową misję?
Każda, nawet najgłośniejsza epopeja musi mieć jednak swój finał. Michael Gira ogłosił, że wydany w 2025 roku album „Birthing” to ostatni materiał nagrany w formule „wielkiego dźwięku”, a przyszłość Swans to znacznie bardziej okrojona forma. Symbolicznym zamknięciem tego rozdziału stał się koncert w Chicago. Po godzinach sonicznej kanonady Gira zaczął powoli wygaszać zespół, kończąc wieczór na zaskakująco łagodnej, niemal błogiej nucie. Można to odczytać jako ostateczne dopełnienie rytuału. Był to spokój, który może nadejść tylko po katharsis wywołanym przez ekstremalny hałas.
Oczywiście, tak monumentalna wizja musiała budzić też kontrowersje. Niektórzy recenzenci zarzucali późniejszym albumom w rodzaju „The Seer” z 2012 roku pretensjonalność i „bolesną świadomość własnej wielkości”, która potrafiła zmęczyć słuchacza. Prawdziwy cień na filozofię „zaniku jaźni” rzuciły jednak oskarżenia o gwałt, które w 2016 roku wysunęła artystka Larkin Grimm. Gira kategorycznie im zaprzeczył, ale cała sprawa skłoniła do gorzkiej refleksji nad dynamiką władzy w jego artystycznym świecie. Mimo tych mrocznych kart, nie ulega wątpliwości, że epoka ekstremalnej głośności Swans to jeden z najodważniejszych eksperymentów w historii muzyki. Zespół pokazał, że hałas może być nie tylko formą buntu, ale i drogą do transcendencji, nawet jeśli nie wszyscy z tej podróży wrócili bez szwanku.