Jego styl narodził się z biedy. Jak Corbijn stał się architektem rockowego mroku?
Są artyści, którzy piszą piosenki, i jest Anton Corbijn, człowiek, który nadał im twarz. Ten holenderski fotograf i reżyser stał się wizualnym architektem całej generacji fanów alternatywy, udowadniając, że rocka można nie tylko słuchać, ale i zobaczyć. To właśnie jego surowy, ziarnisty i najczęściej czarno-biały styl wbił w świadomość słuchaczy mroczny wizerunek takich tytanów jak Depeche Mode, U2 czy Joy Division. Przez ponad pięć dekad jego praca była czymś więcej niż tylko sesjami zdjęciowymi. Corbijn stał się niemal piątym Beatlesem dla tych zespołów, projektując ikoniczne okładki, reżyserując kultowe teledyski i budując scenografie, które stały się rockowym kanonem.
Paradoksalnie, ten charakterystyczny, pełen kontrastu i specyficznego rozmycia styl, narodził się nie z artystycznego manifestu, a z pustych kieszeni. Gdy Corbijn startował na początku lat 70., brak funduszy na profesjonalny sprzęt zmusił go do korzystania z jednego, najszybszego typu kliszy, niezależnie od tego, czy scena tonęła w mroku, czy lśniła w słońcu. Ta techniczna niedoskonałość, niczym lekko przesterowana gitara, stała się jego artystycznym znakiem rozpoznawczym. W połączeniu z genialnym zmysłem kompozycji i grą w „różniczkową ostrość”, gdzie tylko fragment kadru jest ostry jak brzytwa, stworzył swój niepodrabialny styl. Dłuższy czas naświetlania dodawał zdjęciom naturalnego ruchu i dynamiki, nadając im niemal malarską głębię, która idealnie rezonowała z surową energią muzyki.
Nienawidził muzyki U2 i Depeche Mode. Jak więc stworzył ich wizerunek?
Miłość do muzyki rzuciła go w 1979 roku prosto w serce Londynu, a celem tej pielgrzymki był jeden zespół: Joy Division. Zaledwie dwanaście dni po przyjeździe zdołał ustawić muzyków na stacji metra Lancaster Gate. To właśnie tam, w chłodnym świetle podziemi, narodził się jeden z najsłynniejszych kadrów w historii rocka. Zespół odwrócony plecami i tylko Ian Curtis, samotnie spoglądający w obiektyw, jakby chciał przekazać coś, na co nie było słów. Co ciekawe, żaden magazyn nie chciał początkowo opublikować tego zdjęcia. Dopiero po tragicznej śmierci wokalisty ten kadr stał się wizualnym epitafium dla całej formacji i symbolem straconej generacji. Wbrew romantycznym mitom, Corbijn nigdy nie zaprzyjaźnił się z Curtisem, a ich kontakt był czysto zawodowy, ograniczony do krótkich momentów uchwyconych przez obiektyw.
Co zakrawa na ironię, człowiek, który stał się wizualnym sercem U2 i Depeche Mode, na początku kompletnie nie chciał mieć z nimi nic wspólnego. Wielokrotnie odrzucał ich propozycje, kręcąc nosem na wczesne, „bąbelkowe” brzmienie Depeszów, które uważał za zbyt dziecinne. Muzyki U2 z kolei po prostu nie trawił. Lody przełamała dopiero geografia. Corbijn zgodził się na sesję z Depeche Mode, bo miała odbyć się w Ameryce, co dawało mu wymarzony bilet do USA. Z kolei jego pierwszy kontakt z U2 w Nowym Orleanie w 1982 roku to gotowy materiał na rockandrollową anegdotę. Fotograf planował strzelić kilka fotek i uciec na zwiedzanie miasta, ale łódź, na której grali Irlandczycy, odpłynęła i uwięziła go na pokładzie na cały koncert.
Polecany artykuł:
Jak powstała okładka „The Joshua Tree” i dlaczego nakręcił film o Curtisie?
Ta przymusowa współpraca z U2 przerodziła się w artystyczną symbiozę, której owocem była jedna z najsłynniejszych okładek wszech czasów, czyli album „The Joshua Tree” z 1987 roku. To właśnie Corbijn, podróżując przez pustynię Mojave, dostrzegł te charakterystyczne drzewa i rzucił pomysł, by nadać ich imię płycie, która była dźwiękowym hołdem dla Ameryki. Chociaż samo drzewo z okładki przewróciło się w 2000 roku, do dziś pozostaje celem pielgrzymek najwierniejszych fanów. Dla Depeche Mode stał się natomiast kimś więcej niż fotografem. Od 1986 roku i klipu do „A Question of Time” przejął stery wizualnej strony zespołu, projektując oprawy albumów i monumentalne scenografie koncertowe. Do jego reżyserskiego portfolio trafiły również takie perełki jak „Heart-Shaped Box” Nirvany czy poruszające „One” od U2.
Po latach malowania muzyki pojedynczymi kadrami, Corbijn postanowił domknąć artystyczną klamrę i złożyć hołd swoim początkom, debiutując jako reżyser filmowy. Długo wzbraniał się przed wejściem na plan pełnometrażowy, odrzucając scenariusze z poczucia, że nie ma wystarczających umiejętności. Wszystko zmieniło się, gdy na stole pojawiła się propozycja zrealizowania „Control”, filmowej biografii Iana Curtisa z 2007 roku. Wtedy Corbijn zrozumiał, że nikt inny, nawet najbardziej doświadczony reżyser, nie ma tak emocjonalnego połączenia z tą historią. W ten oto sposób opowieść, od której wystartowała jego międzynarodowa kariera, zatoczyła koło, wracając w formie poruszającego czarno-białego obrazu. Corbijn nie tylko zdefiniował wizerunek rocka, on sam stał się jego integralną, choć stojącą za obiektywem, częścią.