Bob Geldof oszukał polityków i skłonił miliony do wpłat. Czy ostrzegał przed takimi jak on?

2026-10-20 14:25

Lata 80. pokazały dzięki Bobowi Geldofowi, że muzyka rockowa ma siłę zmieniania rzeczywistości. Właśnie z tego powodu jego późniejsze słowa wywołują tak duży wstrząs u ludzi uświęconych tymi przekonaniami. Jednakże największą krzywdę wyrządził samemu sobie.

Muzyk Bob Geldof w ciemnej sztruksowej kurtce patrzy w dół. O jego opinii o gwiazdach rocka przeczytasz na EskaRock.
Autor: Mediapunch / face to face/ Reporter

Był taki moment w połowie lat 80., kiedy wydawało się, że rock’n’roll naprawdę może zmienić świat. Że wystarczy człowiek z charyzmą, zjechaną gitarą i płomieniem w oczach, by poruszyć sumienia milionów i zmusić potężnych tego świata do działania. Tym facetem miał być m.in. Bob Geldof. Irlandczyk o wyglądzie ulicznika i energii, która mogłaby zasilić małe miasto. To on, patrząc w obiektyw kamery BBC podczas Live Aid, stał się na chwilę głosem globalnej wioski, muzycznym mesjaszem, który potrafił skłonić ludzi do otwarcia serc i portfeli. A jednak to właśnie z jego ust, po latach spędzonych na styku wielkiej sceny i jeszcze większej polityki, padły słowa będące esencją rockandrollowego cynizmu. Słowa, które brzmią jak przestroga dla każdego, kto uwierzył, że kilka dobrych piosenek naprawi świat.

Nie można ufać politykom. Nie ma znaczenia, kto wygłasza przemówienie polityczne. To wszystko kłamstwa – i dotyczy to również każdej gwiazdy rocka, która chce wygłosić przemówienie polityczne.

Dlaczego Bob Geldof nie ufa samemu sobie?

Zanim jednak świat poznał „świętego Boba”, aktywistę w garniturze rozmawiającego z premierami, była scena punkowa późnych lat 70. i The Boomtown Rats. To stamtąd Geldof czerpał swoją bezkompromisowość i wrodzoną nieufność do autorytetów. Gdy wdarł się ze swoim zespołem na antenę irlandzkiej telewizji, nie zamierzał być grzeczny. Bez pardonu atakował polityków i Kościół katolicki, nazywając go „formą społecznej represji”. Wywołał ogólnokrajową burzę, która na lata zamknęła mu drzwi do grania we własnym kraju. Nie brał jeńców. Tę samą energię, która napędzała przeboje takie jak „Rat Trap” czy kontrowersyjny „I Don't Like Mondays”, wniósł potem w swoją działalność charytatywną. To nie była chłodna filantropia. To był ten sam gniew, tylko skierowany w inną stronę – przeciwko globalnej obojętności.

„Dajcie nam swoje pieprzone pieniądze!”

Live Aid w 1985 roku było czymś więcej niż koncertem. Było globalnym fenomenem, świętem wiary w to, że muzyka ma moc. Phil Collins latający Concordem, by zagrać na dwóch kontynentach jednego dnia, największe gwiazdy rocka dzielące scenę i miliony przed telewizorami. W samym środku tego cyklonu stał Geldof. To on, w słynnym wywiadzie dla BBC, miał rzucić do widzów legendarne, choć przez niego samego później dementowane, „Give us your fucking money!”. Prawdziwe słowa brzmiały nieco inaczej, gdy krzyczał: „Fuck the address, let’s get the phone numbers!”, ale sens był ten sam. Przez chwilę to działało. Donacje wzrosły do 300 funtów na sekundę. Był to moment czystej, nieskrępowanej siły, w której rockman nie prosił, a żądał, stając się nieoficjalnym liderem globalnego zrywu. Świat uwierzył, że jeden koncert może nakarmić Afrykę. Była to piękna, rockandrollowa utopia.

Queen - najlepsze występy na żywo legendarnego zespołu / Eska Rock

Kontrowersje i gorzka pigułka po koncercie Live Aid

Wielka, globalna utopia musiała się jednak zderzyć z rzeczywistością. Po latach na jaw zaczęły wychodzić pęknięcia na pomniku Live Aid. Był to koncert charytatywny zorganizowany w 1985 roku przez Boba Geldofa i Midge’a Ure’a w celu zebrania funduszy dla głodujących w Etiopii. Wydarzenie zapisało się w historii jako jeden z najważniejszych koncertów w historii muzyki. Popisowe koncerty na londyńskim Stadionie Wembley dali tam m.in Queen, Sting, U2 czy Elton John. Jednak była też ciemna strona tego eventu. W tym samym czasie, na Stadionie JFK w Filadelfii, odbywały się koncerty amerykańskich gwiazd, w tym Madonny, Led Zeppelin, Black Sabbath, pod tym samym szyldem. 

W kierunku organizatorów zostały wystosowane oskarżenia, że część pieniędzy trafiła w niepowołane ręce. Zarzucono im wspieranie etiopskiego rządu, który wykorzystał je m.in. na zakup broni. Samemu Geldofowi po latach zarzucano bycie tzw. "białym zbawcą", który stara się wybawić z opresji ofiarę z biedniejszej i gorzej rozwiniętej części świata.  Geldof był także krytykowany za zbyt bliskie relacje z politykami pokroju Tony’ego Blaira, brak afrykańskich artystów na scenie czy „przejęcie” agendy innych, mniejszych organizacji. Kubeł zimnej wody na rozgrzane głowy fanów wylał Noel Gallagher z Oasis, kwestionując naiwną wiarę w to, że politycy z G8, słysząc w przerwie obrady śpiewającą Annie Lennox, nagle doznają olśnienia i anulują długi.

Być może to właśnie z tych doświadczeń, ze zderzenia rockowego idealizmu z cyniczną machiną polityki, narodziła się gorzka mądrość Geldofa. On, człowiek-instytucja, który za swoją działalność otrzymał od królowej honorowy tytuł szlachecki, zrozumiał coś, co jest fundamentem rock’n’rolla. Że prawdziwa siła tej muzyki leży w kontestacji, a nie w zasiadaniu przy jednym stole z tymi, których powinno się krytykować.

Live Aid: oto 10 najsłynniejszych występów legendarnego wydarzenia