Zaczęło się od awarii w studiu country. Jak jeden riff The Rolling Stones uratował brzmienie rockowej rewolucji?

2025-11-29 17:05

Drapieżny, przesterowany dźwięk gitary to jeden z fundamentów rocka. Jego historia jest jednak dowodem na to, jak uszkodzony wzmacniacz w jednym nagraniu zrodził rewolucję. Wszystko zaczęło się od studyjnej awarii, a urządzenie stworzone do jej kopiowania uratował dopiero jeden, niechciany riff.

The Rolling Stones

i

Autor: Hiro/ Materiały prasowe

Jeden zepsuty transformator na sesji country. Tak narodził się legendarny fuzz

Rock'n'roll kocha szczęśliwe przypadki, ale historia, która wydarzyła się w lutym 1961 roku, to materiał na legendę. W trakcie sesji nagraniowej do piosenki „Don't Worry” Marty’ego Robbinsa w słynnym Bradley Film & Recording Studios w Nashville, transformator w studyjnej konsolecie postanowił wyzionąć ducha. Z głośników popłynął dźwięk, jakiego nikt wcześniej nie słyszał. Był to drapieżny, przesterowany warkot, który zszokował wszystkich obecnych. Chociaż inżynier dźwięku łapał się za głowę, producent Don Law i sam Robbins usłyszeli w tym hałasie coś rewolucyjnego. Podjęli brawurową decyzję o zostawieniu tego „zepsutego” nagrania, co okazało się strzałem w dziesiątkę.

Jasne, już w 1951 roku w numerze „Rocket 88” usłyszeliśmy przester z uszkodzonego głośnika, ale to właśnie awaria w Nashville stała się iskrą, która odpaliła prawdziwą rewolucję. Utwór „Don't Worry” wbił się na szczyty list przebojów, a jego nietypowe solo przykuło uwagę całej branży. Zafascynowany tym brzmieniem inżynier Glenn Snoddy postawił sobie za cel okiełznanie tej bestii i znalezienie sposobu na jej celowe przywoływanie. Tak oto dźwięk zrodzony z buntu maszyny dał początek efektowi, który fani ciężkiego grania znają i kochają jako fuzz.

W czym tkwi sekret długowieczności The Rolling Stones? Ronnie Wood zabrał głos!

Nikt go nie chciał, aż Keith Richards nagrał riff do „Satisfaction”

Glenn Snoddy połączył siły z inżynierem Revisem V. Hobbsem, by zamknąć tego studyjnego ducha w małym, przenośnym pudełku. Tak w 1962 roku narodziła się pierwsza na świecie komercyjna kostka gitarowa, wyprodukowana przez Gibsona Maestro FZ-1 Fuzz-Tone. Jej sercem był układ oparty na trzech germanowych tranzystorach, mający dać gitarzystom zupełnie nowe narzędzie ekspresji. Niestety, marketingowcy kompletnie przestrzelili. Reklamowali efekt jako sposób na imitowanie brzmienia instrumentów dętych, co gitarzyści przyjęli co najwyżej wzruszeniem ramion. Efekt? Komercyjna klapa na całej linii. Po pierwszym roku, gdy sprzedano 5000 sztuk, w 1963 roku na zakup zdecydowały się zaledwie trzy osoby, a rok później absolutnie nikt.

Przełom, jak to często bywa, nadszedł znienacka w 1965 roku za sprawą The Rolling Stones. Keith Richards, szukając dźwięku mającego imitować sekcję dętą w „(I Can't Get No) Satisfaction”, podłączył gitarę do FZ-1 i odpalił jeden z najbardziej ikonicznych riffów w dziejach rocka. Co najciekawsze, Keef traktował to nagranie jedynie jako szkic, który w finalnej wersji miała zastąpić prawdziwa sekcja dęta. Ta jednak nigdy nie została nagrana, a charcząca gitara, ku początkowej niechęci samego Richardsa, na zawsze wbiła się w ten legendarny utwór. Gdy kawałek stał się globalnym hitem, popularność fuzza eksplodowała, a wszystkie dostępne egzemplarze Maestro FZ-1 zniknęły z półek sklepowych do końca roku.

Od The Rolling Stones do Hendrixa. Jak fuzz stał się głosem pokolenia?

Sukces „Satisfaction” otworzył prawdziwą puszkę Pandory, wypuszczając na świat całą armię nowych, charczących brzmień. Fuzz stał się obowiązkowym wyposażeniem w arsenale każdego szanującego się gitarzysty, a rynek zalały kolejne legendarne konstrukcje, jak Tone Bender w 1965, Fuzz Face w 1966 czy potężny Big Muff Pi w 1969 roku. Ten chropowaty, nasycony sound stał się gitarowym fundamentem dla psychodelicznego rocka i zdefiniował brzmienie geniuszy gitary pokroju Jimiego Hendrixa w jego nieśmiertelnym „Purple Haze”. Fuzz przestał być zwykłym efektem. Stał się manifestem muzycznej wolności i symbolem buntu, który utorował drogę cięższym gatunkom, od metalu aż po grunge.

Od iskrzącego transformatora w Nashville po riffy, które wstrząsały stadionami na całym globie. Historia fuzza to doskonały dowód na to, że w rock'n'rollu największe rewolucje rodzą się z przypadku. To, co dla jednego inżyniera było techniczną usterką, dla milionów fanów stało się głosem całego pokolenia. I pomyśleć, że cała ta rockowa rewolucja, która grzmi w naszych głośnikach do dziś, zaczęła się od jednego „zepsutego” nagrania country.