Jak pożar na koncercie Franka Zappy dał światu jeden z największych rockowych hymnów?
Czwarty grudnia 1971 roku na zawsze wypalił swoje piętno w kronikach rocka. W szwajcarskim Montreux Casino, gdzie na scenie królował Frank Zappa z The Mothers of Invention, jeden z fanów postanowił chyba podkręcić atmosferę do jedenastu. Wystrzał z pistoletu sygnałowego prosto w rattanowy sufit okazał się iskrą zapalną dla pożaru, który pożarł cały kompleks. Całemu temu rockandrollowemu armagedonowi z boku przyglądali się muzycy Deep Purple, którzy przybyli zaledwie dzień wcześniej, by w tym samym kasynie, korzystając z mobilnego studia The Rolling Stones, nagrać swój album „Machine Head”. Los miał jednak dla nich inny, znacznie bardziej płomienny scenariusz, który paradoksalnie dał światu jeden z największych hymnów w historii.
W płonącym budynku zapanował chaos godny najbardziej szalonego koncertu. Sam Frank Zappa ze stoickim spokojem próbował zapanować nad tłumem, podczas gdy za kulisami rozgrywał się prawdziwy dramat, a relacje świadków co do drożności wyjść ewakuacyjnych do dziś pozostają sprzeczne. W samym środku tego piekła pojawił się prawdziwy bohater, Claude Nobs, założyciel Montreux Jazz Festival. To właśnie on, uwieczniony później w tekście jako „Funky Claude”, osobiście wyciągał ludzi z płomieni. Choć straty materialne sięgały milionów franków, cudem nikt nie zginął. Sprawca całego zamieszania, czechosłowacki uchodźca Zdeněk Špička, rozpłynął się w mroku nocy i nigdy nie odpowiedział za swój czyn, dodając do całej historii nutę tajemnicy.
Glover wymyślił tytuł, Blackmore zagrał riff. Jak powstało "Smoke on the Water"?
Gdy płomienie trawiły kasyno, członkowie Deep Purple patrzyli na wszystko z okien swojego hotelu. Zobaczyli wtedy obraz, który wrył im się w pamięć na zawsze. Gęsty, czarny dym pełzł po spokojnej tafli Jeziora Genewskiego, tworząc apokaliptyczny, a zarazem hipnotyzujący pejzaż. Ta wizja nawiedzała basistę Rogera Glovera tak mocno, że kilka dni później obudził się z gotową frazą rezonującą w głowie: „Smoke on the Water”. Te trzy proste słowa stały się czymś więcej niż tylko tytułem. Były fundamentem, na którym zespół postanowił zbudować muzyczną kronikę wydarzeń, których był naocznym świadkiem.
Z dymem poszło nie tylko kasyno, ale i całe plany nagraniowe. Zespół rzucił się w wir poszukiwań nowej miejscówki. Pierwsza próba w pobliskim Pavilion des Sports skończyła się, jak na prawdziwych rockmanów przystało, wizytą policji wezwanej przez sąsiadów, którym decybele Purple'ów nie przypadły do gustu. Schronienie znaleźli dopiero w opuszczonym na zimę Grand Hotelu w Territet. Tam, w iście partyzanckich warunkach, stworzyli prowizoryczne studio, wytłumiając hotelowe korytarze materacami. To właśnie w tej surowej scenerii, zrodzonej z chaosu, gitarowy mag Ritchie Blackmore wyczarował prosty, a jednocześnie potężny riff. Ian Gillan dołożył do tego tekst, który był niemal reporterskim zapisem ich szwajcarskiej przygody.
Polecany artykuł:
Największy hit Deep Purple był tylko wypełniaczem. Został nawet zapisany w DNA!
Największy paradoks tej historii? „Smoke on the Water” został nagrany na samym końcu sesji do „Machine Head” i przez długi czas zespół traktował go jako zwykły wypełniacz. Nikt nie przypuszczał, że ten zrodzony z przypadku numer stanie się ich przepustką do nieśmiertelności. Wydany jako singiel dopiero w maju 1973 roku, kawałek wystrzelił jak rakieta, demolując listy przebojów i lądując na 4. miejscu prestiżowej listy Billboard Hot 100. Cały album okazał się zresztą strzałem w dziesiątkę i największym komercyjnym sukcesem w karierze Deep Purple, zgarniając w samych Stanach podwójną platynę.
Gitarowy fundament „Smoke on the Water” to już absolutna legenda. Prosty, hipnotyczny riff zyskał status nieśmiertelnego i stał się jednym z najbardziej rozpoznawalnych motywów w dziejach muzyki, a jego moc często porównuje się do V Symfonii Beethovena. Sam Blackmore z typowym dla siebie przekąsem stwierdził, że jego riff to po prostu odwrócona interpretacja dzieła klasyka i że jest Beethovenowi „winien sporo pieniędzy”. Dziedzictwo tego numeru sięga jednak znacznie dalej niż rockowe stacje radiowe, ponieważ jego tekst został dosłownie zakodowany w DNA w ramach projektu archiwizującego historię festiwalu w Montreux. I tak oto dym, który tamtej grudniowej nocy unosił się nad Jeziorem Genewskim, z ulotnego zjawiska stał się wiecznym zapisem w historii rocka. Został zapisany w kodzie, który przetrwa nas wszystkich.