Wszystko spłonęło na koncercie Franka Zappy. Deep Purple zrobili z tego pożaru najsłynniejszy riff w historii rocka

2026-01-11 10:53

W historii rocka istnieją riffy, które stają się dźwiękowym DNA dla całych pokoleń gitarzystów. Geneza tego najsłynniejszego jest jednak zapisana nie w nutach, a w ogniu i kłębach dymu. To właśnie spektakularny pożar na koncercie Franka Zappy dał początek najsłynniejszemu riffowi w historii rocka, który sami twórcy uznali za nic nieznaczący wypełniacz.

Deep Purple

i

Autor: Materiały prasowe/ Materiały prasowe

Jak pożar na koncercie Franka Zappy dał światu jeden z największych rockowych hymnów?

Czwarty grudnia 1971 roku na zawsze wypalił swoje piętno w kronikach rocka. W szwajcarskim Montreux Casino, gdzie na scenie królował Frank Zappa z The Mothers of Invention, jeden z fanów postanowił chyba podkręcić atmosferę do jedenastu. Wystrzał z pistoletu sygnałowego prosto w rattanowy sufit okazał się iskrą zapalną dla pożaru, który pożarł cały kompleks. Całemu temu rockandrollowemu armagedonowi z boku przyglądali się muzycy Deep Purple, którzy przybyli zaledwie dzień wcześniej, by w tym samym kasynie, korzystając z mobilnego studia The Rolling Stones, nagrać swój album „Machine Head”. Los miał jednak dla nich inny, znacznie bardziej płomienny scenariusz, który paradoksalnie dał światu jeden z największych hymnów w historii.

W płonącym budynku zapanował chaos godny najbardziej szalonego koncertu. Sam Frank Zappa ze stoickim spokojem próbował zapanować nad tłumem, podczas gdy za kulisami rozgrywał się prawdziwy dramat, a relacje świadków co do drożności wyjść ewakuacyjnych do dziś pozostają sprzeczne. W samym środku tego piekła pojawił się prawdziwy bohater, Claude Nobs, założyciel Montreux Jazz Festival. To właśnie on, uwieczniony później w tekście jako „Funky Claude”, osobiście wyciągał ludzi z płomieni. Choć straty materialne sięgały milionów franków, cudem nikt nie zginął. Sprawca całego zamieszania, czechosłowacki uchodźca Zdeněk Špička, rozpłynął się w mroku nocy i nigdy nie odpowiedział za swój czyn, dodając do całej historii nutę tajemnicy.

JARO - Deep Purple

Glover wymyślił tytuł, Blackmore zagrał riff. Jak powstało "Smoke on the Water"?

Gdy płomienie trawiły kasyno, członkowie Deep Purple patrzyli na wszystko z okien swojego hotelu. Zobaczyli wtedy obraz, który wrył im się w pamięć na zawsze. Gęsty, czarny dym pełzł po spokojnej tafli Jeziora Genewskiego, tworząc apokaliptyczny, a zarazem hipnotyzujący pejzaż. Ta wizja nawiedzała basistę Rogera Glovera tak mocno, że kilka dni później obudził się z gotową frazą rezonującą w głowie: „Smoke on the Water”. Te trzy proste słowa stały się czymś więcej niż tylko tytułem. Były fundamentem, na którym zespół postanowił zbudować muzyczną kronikę wydarzeń, których był naocznym świadkiem.

Z dymem poszło nie tylko kasyno, ale i całe plany nagraniowe. Zespół rzucił się w wir poszukiwań nowej miejscówki. Pierwsza próba w pobliskim Pavilion des Sports skończyła się, jak na prawdziwych rockmanów przystało, wizytą policji wezwanej przez sąsiadów, którym decybele Purple'ów nie przypadły do gustu. Schronienie znaleźli dopiero w opuszczonym na zimę Grand Hotelu w Territet. Tam, w iście partyzanckich warunkach, stworzyli prowizoryczne studio, wytłumiając hotelowe korytarze materacami. To właśnie w tej surowej scenerii, zrodzonej z chaosu, gitarowy mag Ritchie Blackmore wyczarował prosty, a jednocześnie potężny riff. Ian Gillan dołożył do tego tekst, który był niemal reporterskim zapisem ich szwajcarskiej przygody.

Największy hit Deep Purple był tylko wypełniaczem. Został nawet zapisany w DNA!

Największy paradoks tej historii? „Smoke on the Water” został nagrany na samym końcu sesji do „Machine Head” i przez długi czas zespół traktował go jako zwykły wypełniacz. Nikt nie przypuszczał, że ten zrodzony z przypadku numer stanie się ich przepustką do nieśmiertelności. Wydany jako singiel dopiero w maju 1973 roku, kawałek wystrzelił jak rakieta, demolując listy przebojów i lądując na 4. miejscu prestiżowej listy Billboard Hot 100. Cały album okazał się zresztą strzałem w dziesiątkę i największym komercyjnym sukcesem w karierze Deep Purple, zgarniając w samych Stanach podwójną platynę.

Gitarowy fundament „Smoke on the Water” to już absolutna legenda. Prosty, hipnotyczny riff zyskał status nieśmiertelnego i stał się jednym z najbardziej rozpoznawalnych motywów w dziejach muzyki, a jego moc często porównuje się do V Symfonii Beethovena. Sam Blackmore z typowym dla siebie przekąsem stwierdził, że jego riff to po prostu odwrócona interpretacja dzieła klasyka i że jest Beethovenowi „winien sporo pieniędzy”. Dziedzictwo tego numeru sięga jednak znacznie dalej niż rockowe stacje radiowe, ponieważ jego tekst został dosłownie zakodowany w DNA w ramach projektu archiwizującego historię festiwalu w Montreux. I tak oto dym, który tamtej grudniowej nocy unosił się nad Jeziorem Genewskim, z ulotnego zjawiska stał się wiecznym zapisem w historii rocka. Został zapisany w kodzie, który przetrwa nas wszystkich.