Jej gitarowe riffy kopiował Chuck Berry. Little Richard zawdzięczał jej karierę
Zanim Elvis zatrząsł sceną, a Chuck Berry odpalił swój legendarny „duckwalk”, lont rock'n'rolla odpalił ktoś zupełnie inny. Była to prawdziwa siła natury, Sister Rosetta Tharpe. Czarnoskóra, queerowa kobieta, która z gitarą elektryczną w ręku zbudowała fundamenty całego gatunku, serwując światu elektryzujący koktajl żarliwego gospel i surowej, bluesowej energii. Chociaż jej rewolucyjne nagrania z lat 30. i 40. stały się ścieżką dźwiękową dla pierwszego pokolenia rockowych buntowników, jej nazwisko zostało brutalnie wycięte z annałów muzyki. Historia o jej rasie, płci i orientacji okazała się zbyt niewygodna dla podzielonej Ameryki, skazując ją na dekady zapomnienia i pośmiertne uznanie. Urodzona w 1915 roku w Arkansas jako Rosetta Nubin, muzykę miała we krwi od kołyski. Już jako sześciolatka, okrzyknięta „śpiewającym i grającym na gitarze cudownym dzieckiem”, ruszyła w trasę z matką i objazdową grupą ewangelizacyjną. Prawdziwy wstrząs nastąpił jednak 31 października 1938 roku. To wtedy dwudziestotrzyletnia Rosetta weszła do studia Decca Records i nagrała „Rock Me”, utwór będący sejsmicznym uderzeniem w fundamenty muzyki popularnej. To w nim wybrzmiały jedne z pierwszych w historii partii gitary elektrycznej, które stały się drogowskazem dla przyszłych gwiazd. Tharpe z impetem rozbijała mury konwenansów, wprowadzając gospelowe brzmienie do takich świeckich świątyń jak Apollo Theater czy Cotton Club. Dla jej konserwatywnego środowiska był to akt niemal świętokradczy, ale dla rock'n'rolla był to początek wszystkiego.
Jej gitarowe riffy kopiował Chuck Berry. Little Richard zawdzięczał jej karierę
Jej koncert na dworcu wgniótł w ziemię Claptona i Page'a. Zmarła bez grosza
Tharpe nie bawiła się w półśrodki, ona pisała na nowo cały muzyczny słownik. Jako jedna z pierwszych świadomie podkręciła potencjometry swoich lampowych wzmacniaczy Gibsona do jedenastu, wyciskając z nich brudne i agresywne brzmienie, które na dekady wyprzedziło gitarowe eksperymenty Hendrixa czy Claptona. Jej styl gry był unikalną mieszanką, w której blues z Delty spotykał nowoorleański jazz, a wszystko to spajał potężny, gospelowy wokal. To właśnie jej utwór „Strange Things Happening Every Day” z 1944 roku, który jako pierwszy kawałek gospel wbił się na listy przebojów R&B, przez wielu historyków muzyki jest dziś uważany za prawdziwy kamień węgielny rock'n'rolla. Jej wpływ na panteon rockowych bogów jest nie do podważenia. Chuck Berry bez owijania w bawełnę przyznawał, że cała jego kariera to w zasadzie „jedno wielkie naśladowanie Sister Rosetty Tharpe”. To ona w 1947 roku dostrzegła talent w czternastoletnim Little Richardzie, wciągnęła go na scenę i zapłaciła za pierwszy występ, dając mu impuls do wielkiej kariery. Johnny Cash z sentymentem wspominał ją jako swoją ulubioną wokalistkę z dzieciństwa. Elvis Presley, Jerry Lee Lewis i Carl Perkins garściami czerpali z jej scenicznej petardy i gitarowego pazura, które zdefiniowały ich własny styl.
Jej muzyczna rewolucja przekroczyła Atlantyk. W 1964 roku, podczas trasy po Wielkiej Brytanii, dała absolutnie kultowy koncert na peronie stacji kolejowej w Manchesterze. Ten występ, uwieczniony przez kamery telewizji Granada, był jak objawienie dla młodego pokolenia brytyjskich gitarzystów. Widok jej scenicznej energii dosłownie wgniótł w ziemię przyszłe legendy, takie jak Jimmy Page, Eric Clapton, Jeff Beck i Keith Richards. Mimo to, za kulisami jej kariera gasła w cieniu brutalnej rzeczywistości. Choć inspirowała cały świat, jako czarnoskóra artystka wciąż musiała spać w tour busie, podczas gdy jej biali muzycy z The Jordanaires spali w hotelach przeznaczonych wyłącznie dla białych. Cena, jaką zapłaciła za bycie pionierką, była niewyobrażalnie wysoka. Po udarze w 1970 roku i amputacji nogi w wyniku powikłań cukrzycowych, Sister Rosetta Tharpe odeszła w zapomnieniu w 1973 roku. Została pochowana w nieoznaczonym grobie, bo jej rodziny nie było stać na nagrobek. Dopiero w nowym milenium świat na nowo usłyszał jej gitarę. Zbiórka z 2008 roku ufundowała jej pomnik, a w 2018 roku, po ponad czterdziestu latach od śmierci, wreszcie wprowadzono ją do Rock and Roll Hall of Fame. Był to spóźniony, ale zasłużony aplauz, który na zawsze przywrócił Matce Chrzestnej należne jej miejsce na rockowym Olimpie. W końcu, nawet najgłośniejsze wzmacniacze nie zagłuszą prawdy o tym, kto tak naprawdę odpalił ten cały rock and roll.